Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Colin

polskanightingale

Wiosna 2015

 

Pierwszy miesiąc pracy w szpitalu jest zabawą. Nowa pielęgniarka ma okres ochronny. Nie ma wykonywać żadnych skomplikowanych czynności, ma się przyglądać przydzielonej mentorce, jak ona wszystko robi i organizuje. Wdraża się powoli w pracę. Wszystko bez pośpiechu. Zazwyczaj dostaje się też w tym czasie wolne weekendy. Po miesiącu zabawa się kończy. Samemu trzeba podejmować decyzje, rozmawiać z pacjentami, doradzać im, odbierać telefony i kierować pracą opiekunów. Do tego dochodzi dokumentacja. W Anglii w pielęgniarstwie jest zasada, że jeżeli coś nie jest zapisane, to znaczy, że nie zostało zrobione. Na temat jednego pacjenta trzeba napisać całe wypracowanie.

No i tu sielanka się skończyła. Okazało się, że na naszym oddziale neurochirurgii ciągle brakuje pielęgniarek. Pacjenci w ciężkich stanach, wyczerpująca praca, często nie było czasu, by pójść na przerwę.

Anglicy są bardzo wymagającymi pacjentami. Wymagają poświęcenia im czasu, znają swoje prawa. Gdy są niezadowoleni, piszą raporty i zażalenia. Szpitale tworzą specjalne biura, w których pacjenci mogą składać skargi.

Już w pierwszym tygodniu dowiedziałam się, jak wygląda praca pielęgniarki w szpitalu. Wśród współpracowników zostałam doceniona z uwagi na dobry angielski i odwagę. Tylko co to oznaczało, że zostałam doceniona? Więcej obowiązków. Wręczono mi klucze od szafki z lekami kontrolowanymi, czyli tymi, które odurzają i uzależniają, i powiedziano, że ja tu teraz dowodzę. Że mam ogarnąć swoich pacjentów i sprawdzać pracę pozostałych koleżanek. Koleżanki Hiszpanki, zatrudnione w tym samym czasie co ja, ledwo co potrafiły się po angielsku przedstawić. Patrzyłam na ich zmagania z mieszaniną współczucia i zażenowania. To był czas, gdy zaczęto mówić w telewizji o tym, że pielęgniarki emigrantki w Anglii nie podają środków przeciwbólowych pacjentom, bo nie rozumieją, gdy ci narzekają na ból. Rozumiałam pacjentów, że są sfrustrowani kilkakrotnym powtarzaniem tego samego. Wiedziałam też, że mimo lat nauki angielskiego w swoim kraju, po przyjeździe ma się barierę i trzeba czasu, by zacząć myśleć w obcym języku.

Dużą grupę pacjentów stanową pacjenci emigranci. Z różnych krajów, z Rumunii, Bułgarii, Węgier, Czech, Polski. Wschodnia Europa. Tak nas tutaj nazywają. Często to ludzie, którzy pracując w magazynach czy na budowie, przez lata posługują się w pracy jedynie swoim ojczystym językiem, chodzą do supermarketu, płacą w kasie samoobsługowej, byleby nie musieć mówić po angielsku. Gdy pewnego dnia zdarzy się, że trafią do szpitala, nie potrafią powiedzieć, co się dzieje, co ich boli. Dlatego też szpitale zatrudniają pielęgniarki z innych krajów, by pomagały w komunikacji, by nie trzeba było uruchamiać czasochłonnej procedury zamawiania tłumacza.

Praca była wyczerpująca, ciągłe neuroobserwacje, pacjenci po urazach głowy, przed zabiegami, po zabiegach, z drenami w głowie. W pierwsze miesiące opieka pochłaniała mnie tak bardzo, że zostawałam po godzinach, żeby dokończyć pisanie dokumentacji pielęgniarskiej.

neurons1739997_1920

Po pracy szłam do mojego pokoju w kampusie. Częstym gościem stała się Sabina, Polka, która zaczęła pracę w tym samym czasie co ja. Pracę też dostałyśmy na tym samym oddziale. Sabina także wcześniej pracowała w domu opieki, ale bardzo jej się nie podobało. Opuściła go ze złością i poczuciem wykorzystania po pięciu miesiącach, dostając w podzięce za ciężką pracę złe referencje. Te jednak nie przeszkadzały w otrzymaniu pracy w szpitalu.

Z czasem poznałam już wszystkich współlokatorów w swoim mieszkaniu. Jedna kuchnia na 7 osób. Czasem spotykaliśmy się przypadkiem w kuchni przy robieniu tradycyjnych dla naszych krajów potraw. Poznałam już bardzo przykry i długo utrzymujący się w powietrzu zapach filipińskiej ryby, bułgarską gotowaną fasolę, hiszpańską paellę. Pewnego razu, robiąc leczo, spotkałam w kuchni Colina.

- Ładnie pachnie. Lubisz gotować? – zagaił.

- Bardzo. Zwłaszcza takie potrawy, przy których nie trzeba dużo zmywać, są szybkie w robieniu i dobre – zaśmiałam się. Danie już było prawie gotowe, więc zaproponowałam Anglikowi, żeby spróbował. Chwila luźnej rozmowy, gdy nagle z impetem wparowała do kuchni dziewczynka.

- Tato! Czekam i czekam! – spojrzała na mnie z zaciekawieniem. – Co macie? – zapytała mnie bez skrępowania, jakbyśmy się znały od kilku lat. Bez zbędnych pytań, nałożyłam  jej na talerzyk porcję obiadu. 

- To moja córka – powiedział Colin. Niepodobna – pomyślałam. Dziecko wyglądało na stuprocentowo azjatyckie.

watercolorportrait1050723_1920

Przy kolejnym przypadkowym spotkaniu Colin opowiedział mi w skrócie historię swojego życia. Przeszło mi rzeczywiście przez myśl, dlaczego informatyk żyje w takim kampusie. Jakiś czas temu mężczyzna rozwiódł się z żoną. Krótko przed rozwodem adoptowali dziecko, dziewczynkę z Azji. Myśleli, że pomoże im to scalić związek. Nie scalił. Teraz Colin nie ma nikogo, oprócz tego dziecka, przyjeżdżającego do niego raz na tydzień. Widziałam przed sobą dobrego, wrażliwego człowieka. Zrobiło mi się go bardzo żal. Miałam ochotę powiedzieć mu, by rozejrzał się wokół, by zauważył, jak Azra na niego patrzy.

Każdy poszukuje szczęścia. Colin też szukał. Dlatego pewnego dnia po powrocie z pracy znalazłam karteczkę wsuniętą pod moje drzwi: „Jakbyś miała ochotę czasem gdzieś razem wyjść, to wiesz gdzie mieszkam. Colin”.

 

 

 

 

 

W Polsce żyją smoki

polskanightingale

Zima 2015

Pracę w oxfordzkim szpitalu rozpoczęłam zakatarzona i ze zdartym głosem. W wynajętym pokoju, nie dość, że przeciekał sufit, to jeszcze okazało się, że mimo włączonego na maksa kaloryferka jest bardzo zimno. Prędko zdecydowałam się zainwestować w farelkę, ale już zdążyłam złapać przeziębienie.

Jak wygląda pierwszy tydzień pracy w angielskim szpitalu? Szkolenia, szkolenia, szkolenia. Cała teoria o prawidłowym używaniu sprzętu do przenoszenia pacjentów, o zapobieganiu zakażeniom, o poufności informacji, o podawaniu leków i nie tylko. Dużo wykładów a także ćwiczenia w grupach. Dzięki temu zapoznałam się z osobami, które zostały zrekrutowane przez tę samą firmę. Jeszcze jedna Polka, kilku Włochów, dziewczyny z Hiszpanii i Portugalii. Zapytałby się ktoś, dlaczego ci ciepłolubni obywatele Europy skusili się na pracę w Anglii, w której pogoda, zwłaszcza w okresie zimowym nie rozpieszcza. Akurat padało już cały tydzień.

- Chciałabym, byście się krótko przestawili i powiedzieli skąd jesteście – tak jedna z naszych mentorek, puszysta blond Angielka o pociągłej twarzy i wysuniętej żuchwie, oddała nam, swoim podopiecznym głos. Na wykładach zazwyczaj jest dwóch nauczycieli. Jeden wykłada, drugi słucha. Po jakimś czasie zamieniają się rolą. Nie wiem, dlaczego tak jest. Możliwe, żeby  jeden pilnował drugiego, by zagadnienia były odpowiednio merytorycznie.

Zaczęli Hiszpanie. Po swoim przedstawieniu angielska blondi zaczęła się rozpływać na temat pysznej paelli i pogody w Barcelonie. Ohh! Portugalczycy! Tam też ciepło. Madera... Pięknie! Cudownie! Włochy? No tak! Pizza! Wino! Morze! Roma! Uśmiechnięte mentorki przerzucały się wzajemnie słowami, z którymi kojarzył im się dany kraj. Przyszła kolej na mnie i na koleżankę...

- Jesteśmy z Polski – powiedziałyśmy.

- Z Polski? Aha – ucięła blondi, trochę zmieszana, bo chyba z naszym krajem nic jej się nie skojarzyło.

No tak. Bo w Polsce przecież żyją smoki.

iguana2039718_1920

***

Po szkoleniach podeszłam do biura zajmującego się wynajmem kampusowych pokoi. Po piętnastu minutach czekania w poczekalni na przyjęcie zgłoszenia o przecieku dachu zostałam poproszona do blatu recepcji, by opowiedzieć o przyczynach mojego gorzkiego żalu. W powietrzu unosił się intensywny zapach azjatyckiego jedzenia. Po drugiej stronie blatu czekał na mnie nieszczerze uśmiechnięty Hindus. Wysłuchał z uwagą moich zażaleń na przeciekający dach i plamy na wykładzinie.

- Tak, tak, to niedopuszczalne, żeby pani padał deszcz na głowę – powiedział kręcąc głową z miną współczucia. – Przyjąłem zgłoszenie – powiedział na odczepnego, już odwracając się na pięcie, zamierzając skończyć rozmowę.

- Zaraz, zaraz! Ale co dalej? Kiedy to zostanie naprawione?

- Mamy 10 dni roboczych na rozpatrzenie zgłoszenia – na twarzy Hindusa widać już było wyraz zniecierpliwienia.

- Ale jak to 10 dni? Przecież mi się leje na głowę! W kilku miejscach sufitu już atakuje grzyb! – nie dawałam za wygraną. Od tygodnia pogoda była iście angielska i deszcz padał niemalże 24 godziny na dobę z różnym nasileniem.

- Grzyb. Dobrze. Przyjąłem zgłoszenie. Proszę cierpliwie czekać – Hindus zamachał mi przed nosem małą karteczką, na której zapisał moje uwagi co do wynajmowanego pokoju. 

W drodze do mieszkania spotkałam moją współlokatorkę z Bułgarii, Azrę. Opowiedziałam jej pokrótce o moim zgłoszeniu z przeciekającym dachem. Kobieta się zaśmiała. Okazało się, że zepsutą toaletę w mieszkaniu zgłaszała przez trzy miesiące, zanim ją naprawili. Trzy miesiące? Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież za każdy z tych pokojów - klitek wynajmujący płaci niemalże 500 funtów! Nie mogłam zrozumieć Azry, która już mieszkała w tym miejscu od roku. Ja miałam silne postanowienie, że muszę znaleźć inne lokum.

Szybko znalazłam z Azrą wspólny język. Bułgarka już mieszkała w Anglii od dziesięciu lat, więc całą drogę do domu opowiadała śmieszne historie ze swojego emigranckiego życia. Od dwóch lat pracowała w oxfordzkim laboratorium jako technik, zarabiała niewiele. Co jej się udawało zaoszczędzić, to odkładała na dom w Bułgarii, bo myślała o powrocie do swojego kraju w przyszłości. Ale, jak sama to ujęła, to nie wyklucza, że pozna jakiegoś księcia z bajki i zmienią jej się priorytety. Żartując weszłyśmy do mieszkania. Nagle twarz Azry stała się bardziej spięta. Wpatrywała się stojącą postać, niedbale opartą o blat kuchenny.

- Cześć Colin – zagaiła Azra, a na jej policzki wypłynął delikatny rumieniec. Colin, wysoki szatyn, na oko mający jakieś 40 lat, uśmiechnął się do nas szeroko. Okazało się, że mężczyzna również jest jednym ze współlokatorów, mieszkającym w pokoju obok Bułgarki. Po krótkiej konwersacji  domyślałam się, dlaczego Azra nie myśli o wyprowadzce z kampusu. Wszystkie znaki na niebie i ziemi, wszystkie jej gesty pokazywały, że Colin jest bliski jej sercu, a on póki co nie zwracał na nią uwagi.

man2445476_1920

Oxford

polskanightingale

Zima 2015

Przed chwilą się witaliśmy, a już się żegnaliśmy. Zanim się zorientowałam, znowu ciągnęłam swój dobytek spakowany w wielką walizkę w stronę odprawy bagażowej. Następnie, po przejściu przez bramki, z uśmiechem pokiwałam ręką rodzicom. Dałam znak, by już wracali. Zaraz po tym, gdy  straciłam ich z oczu, sztucznie wywołany uśmiech zniknął mi z twarzy. Nienawidzę pożegnań, a miałam wrażenie, że głównie na pożegnaniach opiera się emigracja. Na tęsknocie i pożegnaniach.

Lądowanie w Luton, potem busem do Oxfordu. O godzinie 6 rano wylot z Gdańska, w Oxfordzie byłam już na miejscu o godzinie 11. Dzisiejsze środki transportu dają tyle możliwości. Zaledwie w kilka godzin można przemierzyć tysiące kilometrów.

Przedmieścia Oxfordu nie wyróżniały się niczym szczególnym. Typowe budownictwo z czerwonej cegły. Z GPS-em w jednej ręce i walizą w drugiej szukałam swojego nowego adresu. Po chwili na horyzoncie zamajaczył szpital. Kampus, w którym przydzielili mi pokój, miał się znajdować obok szpitala.

W szpitalnej recepcji odebrałam klucze i list powitalny od zespołu rekrutacyjnego. Cztery bloki mieszkalne, które stały nieopodal szpitala, przypominały z wyglądu nasze polskie osiedla z „wielkiej płyty”. Po wyszukaniu odpowiedniej klatki schodowej zaczęłam poszukiwania swojego pokoju.

Pokój wprawił mnie w osłupienie. Ciasny, metalowe nogi od łóżka straszyły równie skutecznie, jak plamy na wykładzinie i zasłonach. Biurko, krzesło, szafa. To byłoby na tyle. Usiadłam na krześle ciągle kręcąc głową i przyglądając się swojemu nowemu lokum. Nie należę do osób wybrednych, nie potrzebuję luksusów i oczywiście się ich nie spodziewałam. Niby w pokoju było wszystko, co potrzebne, ale przypominało... celę.

7 pokoi w mieszkaniu, wspólna kuchnia, trzy toalety, prysznic i wanna. Wyruszyłam na przechadzkę po kuchni. Każdy lokator miał przydzieloną szafkę. Otworzyłam lodówkę. Niemalże cała zapełniona, z jednym wolnym fragmentem.

- Cześć, jestem Azra. – Nagle z impetem do kuchni weszła brunetka w średnim wieku. – Słyszałam, że ktoś buszuje w kuchni. W którym mieszkasz pokoju? – zapytała.

- Właśnie wprowadziłam się do czwórki. – Brunetka sprawiała wrażenie gospodarza domu. Od razu zaczęła mi pokazywać, gdzie mogę się rozpakować ze swoimi kuchennymi rzeczami .

- No i nie zostawiaj nic w łazience. Papier toaletowy i inne przybory bierz ze sobą do pokoju, bo znika... O! Co tam masz? – zerknęła na kabanosy, które dostałam od mamy na drogę. Patrzyła na nie z takim zainteresowaniem, że nie wypadało jej nie poczęstować. Okazało się, że kobieta chodzi specjalnie do polskiego sklepu, by sobie kupić polskie przysmaki, które bardzo odpowiadają jej bułgarskim kubkom smakowym.

- Polska kiełbasa... – mruknęła z zadowoleniem, przeżuwając kabanosa.

village1751655_1920

***

Jest całkiem blisko do pracy. Jest gdzie spać, jest gdzie się umyć, czego więcej chcieć - próbowałam sama się pocieszyć. Z pewnością będzie ekscytująco, praca na neurochirurgii w słynnym Oxfordzie to jest coś. Przez cały tydzień będą szkolenia, potem wprowadzenie na oddział. Nowa przygoda. Starałam się tak myśleć. Ale kłuło mnie w sercu... Zaledwie wyjechałam, a już tęskniłam za rodziną, nie wiedziałam, kiedy zobaczę Mietka... Na zewnątrz rozpadało się na dobre. Typowa angielska pogoda nie napawała optymizmem. Było szaro, zimno, a każdy podmuch wiatru świszczał przez nieszczelne okno. Zbierało mi się na płacz. Kropla spłynęła na mój policzek. Ale dlaczego? Przecież jeszcze nie płakałam. Spojrzałam na sufit, na którym zgromadziła się plama wody. Z samego środka tej plamy strużka wody leciała mi prosto na głowę. Pięknie. Brakowało mi do szczęścia przeciekającego dachu. 

ivy_lane

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci