Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Dom tam, gdzie sny

polskanightingale

Wiosna 2015

Czasem zadaję sobie pytanie - gdzie jest mój dom? Czy w Anglii, w której pracuję i mieszkam, w której płacę podatki, która ponoć ma zapewnić mi w przyszłości emeryturę? Czy ten kraj jest moim domem?

Mówi się, że dom jest tam, gdzie serce, gdzie są najbliżsi, gdzie są twoje sny. Moje serce jest rozdarte na kilka kawałków.  Kiedy jestem w Anglii, śni mi się dom rodzinny w Starogardzie, śnią mi spacery po ścieżce do Starego Lasu, czasem śnię, że jestem ptakiem i lecę nad Jeziorem Borzechowskim i widzę okalające je lasy. Nagle wpadam z wysoka do wody. Przerażona (przecież zaraz się utopię!) budzę się w swoim łóżku w Oxfordzie. Wstaję ogarniam się, idę do sklepu. Patrzę na warzywa i owoce, niewątpliwie z upraw GMO, wspominam smak malinowych pomidorów od Malinowej Damy z targu w Starogardzie czy smak naszych truskawek.

Przyjeżdżając do rodzinnego domu na Kociewie śni mi się Anglia. Spacery po angielskich parkach czy praca. Niektóre sytuacje w domu opieki w Manchesterze czy szpitalu. Dlaczego się śnią? Powinno się oddzielać sprawy zawodowe, nie myśleć o pracy w wolnym czasie. Podziwiam pielęgniarki, które potrafią się tak po prostu odciąć. Jednakże wydaje mi się, że osoby, które wybrały ten zawód, cechują się, oprócz odporności psychicznej, dużą wrażliwością i rozpamiętują zdarzenia, na przykład gdy pacjent czymś nas wzruszył czy też był niemiły bądź zachowywał się nieprzewidywalnie. Często w naszej pracy spotykamy się z agresją ze strony pacjentów. Osobiście, takich sytuacji nie lubię najbardziej. Długo siedzą mi w podświadomości i bardzo je przeżywam. Myślę, że nikt nie jest gotowy na coś takiego, gdy spotyka się z agresywnym zachowaniem, zwłaszcza, gdy daje z siebie wszystko, by pomóc i ulżyć w chorobie.

woman2375822_1920

Wracając do tematu, gdzie jest dom. Kawałek swojego serca zostawiłam w Trójmieście. W trakcie pięcioletnich studiów mieszkałam przy ulicy Kartuskiej w Gdańsku. Wynajmowałam pokój w mieszkaniu studenckim. Mieszkanie było w opłakanym stanie, wszystko było bardzo stare. Do teraz pamiętam, jak dotknęłam jednej z lamp ściennych, a ta odpadła razem ze sporym kawałkiem tynku. Ale studentowi nie trzeba nic więcej niż dachu nad głową, materaca do spania i butelki wina w czwartek studencki.

Znowu wracałam z radością do Gdańska, do Mietka. Mietek mieszkał na Przymorzu. Odkreślałam na kalendarzu dyżury, ile jeszcze zostało do dni wolnych, w których miałam zaplanowany przyjazd do Trójmiasta. Odliczanie, by móc znowu zobaczyć ukochaną osobę, złapać za rękę, przytulić. Porozmawiać o rzeczach ważnych i nieważnych, przejść się po nadmorskim deptaku, a potem w ciszy usiąść na złocistym piasku i popatrzeć na leniwie kołyszące się fale Bałtyku.

Czekałam, aż zdecyduje. Nie chciałam popędzać. Mietek musiał podjąć decyzję sam, bez ponaglania i nacisków. A on zwlekał z decyzją. Milczał.

Czas na urlopie przeciekał mi przez palce. Odwiedziny u rodziny, przyjaciół. Zawsze było za krótko, zawsze pozostawał niedosyt. Przyjeżdżałam z głową pełną pomysłów, planów na to, co będę robić. Wyjeżdżałam z poczuciem, że nie udało mi się zrealizować z tego nawet połowy.

Często przez zaśnięciem, rozmyślałam o tym, co by było gdyby. Różne opcje. Jeżeli Mietek będzie prosił mnie o powrót do Polski. Trudno byłoby mi wrócić do pracy w polskim szpitalu. Niskie płace, podzielone środowisko pielęgniarskie. Nasz zawód jest ciężki, a jakże niedoceniany. Przygnębiająca perspektywa. Wolałam myśleć, że jednak to on zdecyduje się do mnie dołączyć. Ta decyzja oznaczałaby nową, wspólną przygodę, być może przeprowadzilibyśmy się do innego miasta, razem byśmy rozwiązywali problemy, dzielili radości i smutki. Taka opcja wydawała mi się bardziej kusząca. 

Niewolnicy systemu

polskanightingale

Wiosna 2015

 

Oxford przyciągał młode pielęgniarki i pielęgniarzy do wielkiego, słynnego szpitala. Do tego miasto miało swój niepowtarzalny, uniwersytecki klimat. Budowle z żółtej cegły i starodawne dziedzińce kusiły ciekawskich turystów, ale często nie było możliwości wejścia do środka. Studenci za prywatność na uczelni płacili grube pieniądze, czesne wynosiło około 9 tysięcy funtów. To niebotyczna kwota, większości studentów nie stać na opłacenie nauki. Wielu zaciąga kredyt, który po ukończeniu uczelni ciągnie się za biednym żakiem długimi latami.

Moje wielkie postanowienie wyprowadzenia się z pokoju w kampusie spaliło na panewce. Ceny wynajęcia mieszkania porażały. Sama nic nie mogłam zdziałać. Potrzebowałam współlokatorki, ale każdego przerażał wysoki koszt depozytu (półtorakrotność czynszu). Na depozycie się nie kończyło, czynsz również trzeba było zapłacić z góry. Ceny małego pokoju do wynajęcia w tak zwanym „shared house”, czyli domu podzielonym na pokoje do wynajmu, zaczynały się od 500 funtów.

Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: praca dla życia czy życie dla pracy? Od trzech lat pracowałam, by polepszyć sobie komfort. W rezultacie wylądowałam w klitce w Oxfordzie z przeciekającym sufitem. Tak minęły trzy miesiące. Przyszło kilku specjalistów, którzy jedynie drapali się w głowę i umawiali się na inny termin naprawy, bo akurat nie mieli ze sobą odpowiedniego sprzętu. Nic nie robili i odchodzili. Już przestało mnie to nawet interesować. Marazm.

Do Oxfordu na różne oddziały przyjeżdżało więcej i więcej polskich pielęgniarek i pielęgniarzy.  Na blok operacyjny, kardiologię, intensywną terapię. Co chwilę też ktoś odchodził. Myślę, że średnia długość zatrudnienia pielęgniarki na oddziale wynosiła około rok. Co i rusz chodziłam na imprezy pożegnalne koleżanek z pracy. Przeprowadzały się do mniejszych, dużo tańszych miast.

Pielęgniarki i pielęgniarze, niewolnicy systemu. Od moich koleżanek po fachu z Włoch, Hiszpanii i  Portugalii dowiedziałam się, że na przestrzeni kilku lat w tym zawodzie nastąpił kryzys. Ich wypłata wzrosła, u siebie mogą zarobić normalne pieniądze około 1400-1500 euro. Pozwala to na godne życie. Ale na każdą pielęgniarkę przypada 30 pacjentów. I mimo takiego przeciążenia pracą  na jedno stanowisko w szpitalu jest kilka kandydatów.

Koleżanki, które zostały w Polsce, mówią o zmianach. Że są wprowadzane dodatki do wypłaty, że coś zaczyna się zmieniać na lepsze w naszym zawodzie. Tysiąc razy zastanawiałam się, czy warto już wracać do Polski. Wtedy przypominałam sobie swój pasek z wypłaty - 1600 złotych z wypracowanymi nocami i weekendami. Koleżanka pracująca w pachnącym butiku miała dokładnie tyle samo.

Dużo osób zapytałoby, jak ci się nie podoba, to dlaczego nie zmienisz pracy? Lubię swoją pracę. Lubię pracować z ludźmi. Lubię im pomagać. I nigdy nie wykluczałam, że nie zmienię zawodu, jeżeli warunki pracy będą niezadowalające. Ale chciałam wykorzystać wszystkie opcje, by pracować w wyuczonym zawodzie, robić to co lubię i godnie żyć. Dlatego wyjechałam do Anglii.

Niespodzianka. Dobre zarobki nie oznaczają dobrego życia. Emigracja nie oznacza góry pieniędzy, tylko naukę i rozwój. Pieniądze w Anglii nie rosną na drzewie, trzeba na nie ciężko zapracować.

airport1822133_1920

 

***

- Jesteś Polką, prawda? – zapytała mnie jedna z lekarek z sąsiedniego bloku. – Mamy pacjenta z Polski, dzisiaj wychodzi do domu. Ma ciężką diagnozę. Już praktycznie wszystko wie, tylko potrzebujemy się dowiedzieć o nim jeszcze kilku szczegółów. Zamawianie tłumacza zajmie bardzo dużo czasu, niewykluczone, że wcale nie przyjdzie. Pomożesz nam w tłumaczeniu?

- Hmm... No pewnie. Który to pacjent? – Zaprowadzono mnie do mężczyzny w średnim wieku. Wyglądał na bardzo zagubionego.

- Dzień dobry. – Gdy usłyszał polskie powitanie, jego twarz się rozjaśniła. – Jestem Paula. Chciałabym pomóc panu w tłumaczeniu rozmowy z lekarzem. Słyszałam, że idzie pan dzisiaj do domu.

- Ale ja nic nie wiem... Nawet nie wiem dokładnie, co mi jest. Nic mi nie powiedzieli, nic... nie rozumiem... – wyjąkał zmieszany. Patrzył z ukosa na lekarkę, która wzruszyła ramionami. Z tonu głosu pacjenta słychać było żal, kobieta z pewnością to wyczuła.

- Da mi pan chwilkę? Przygotuję się, by jak najlepiej przedstawić panu informacje.

Odwróciłam się, by porozmawiać w zaciszu z lekarką. Jak to? Przecież już wszystko miał wiedzieć. Miałam go przygotować do wypisu, jedynie kilka szczegółów!

- Pacjent ma glejaka wielopostaciowego. Stan zaawansowany. Nieoperacyjny – gdy lekarka to mówiła, otworzyłam usta w kompletnym szoku. – Ma bardzo złe rokowania. Musimy się dowiedzieć, czy ma się nim kto zaopiekować – kontynuowała, patrząc na mnie przenikliwie. Zastanawiała się pewnie, czy się nie wycofam. Szczerze? Przeszło mi to przez myśl. Miałam właśnie przetłumaczyć rodakowi, że zostało mu kilka miesięcy życia.

Lekarka dała mi chwilę na przygotowanie. Wydrukowałam pacjentowi informacje o jego chorobie. Wiedziałam, że ten człowiek na mnie liczy, że w końcu ode mnie się dowie czegoś na temat swojego stanu. Z pewnością wyłapywał wcześniej jakieś słowa, może szukał dla siebie opcji leczenia, słów otuchy, nadziei, których nie mógł odnaleźć w angielskim słownictwie?

Siedzieliśmy, ja, lekarka, psycholog, terapeuta zajęciowy i pacjent. Okazało się, że mężczyzna rozwiódł się z żoną, dzieci nie utrzymują z nim kontaktu. Mieszkał sam w Anglii, był zawsze okazem zdrowia. Nie wiedział, co ze sobą teraz zrobić. Cisza, która zapadła po pytaniu, czy ma się panem kto zaopiekować, będzie do końca życia brzmieć w mojej głowie. Właśnie wydano na niego wyrok. Ten człowiek w obliczu wyroku chciał wrócić do Polski, do swojej Ojczyzny.

- Tu ma pan mój numer, jakby chciał pan porozmawiać czy trzeba byłoby pomóc – podałam pacjentowi karteczkę z cyframi. Można by mi było zarzucić, że nie potrafię się odciąć od pracy, że nie powinnam wynosić jej poza mury szpitala. Ale nie mogłam tak po prostu odwrócić się od tego człowieka plecami i odejść.

- Dziękuję za wszystko co pani dla mnie zrobiła.

Uścisnął mi powoli obie dłonie.

alone62253_1920

 

Colin

polskanightingale

Wiosna 2015

 

Pierwszy miesiąc pracy w szpitalu jest zabawą. Nowa pielęgniarka ma okres ochronny. Nie ma wykonywać żadnych skomplikowanych czynności, ma się przyglądać przydzielonej mentorce, jak ona wszystko robi i organizuje. Wdraża się powoli w pracę. Wszystko bez pośpiechu. Zazwyczaj dostaje się też w tym czasie wolne weekendy. Po miesiącu zabawa się kończy. Samemu trzeba podejmować decyzje, rozmawiać z pacjentami, doradzać im, odbierać telefony i kierować pracą opiekunów. Do tego dochodzi dokumentacja. W Anglii w pielęgniarstwie jest zasada, że jeżeli coś nie jest zapisane, to znaczy, że nie zostało zrobione. Na temat jednego pacjenta trzeba napisać całe wypracowanie.

No i tu sielanka się skończyła. Okazało się, że na naszym oddziale neurochirurgii ciągle brakuje pielęgniarek. Pacjenci w ciężkich stanach, wyczerpująca praca, często nie było czasu, by pójść na przerwę.

Anglicy są bardzo wymagającymi pacjentami. Wymagają poświęcenia im czasu, znają swoje prawa. Gdy są niezadowoleni, piszą raporty i zażalenia. Szpitale tworzą specjalne biura, w których pacjenci mogą składać skargi.

Już w pierwszym tygodniu dowiedziałam się, jak wygląda praca pielęgniarki w szpitalu. Wśród współpracowników zostałam doceniona z uwagi na dobry angielski i odwagę. Tylko co to oznaczało, że zostałam doceniona? Więcej obowiązków. Wręczono mi klucze od szafki z lekami kontrolowanymi, czyli tymi, które odurzają i uzależniają, i powiedziano, że ja tu teraz dowodzę. Że mam ogarnąć swoich pacjentów i sprawdzać pracę pozostałych koleżanek. Koleżanki Hiszpanki, zatrudnione w tym samym czasie co ja, ledwo co potrafiły się po angielsku przedstawić. Patrzyłam na ich zmagania z mieszaniną współczucia i zażenowania. To był czas, gdy zaczęto mówić w telewizji o tym, że pielęgniarki emigrantki w Anglii nie podają środków przeciwbólowych pacjentom, bo nie rozumieją, gdy ci narzekają na ból. Rozumiałam pacjentów, że są sfrustrowani kilkakrotnym powtarzaniem tego samego. Wiedziałam też, że mimo lat nauki angielskiego w swoim kraju, po przyjeździe ma się barierę i trzeba czasu, by zacząć myśleć w obcym języku.

Dużą grupę pacjentów stanową pacjenci emigranci. Z różnych krajów, z Rumunii, Bułgarii, Węgier, Czech, Polski. Wschodnia Europa. Tak nas tutaj nazywają. Często to ludzie, którzy pracując w magazynach czy na budowie, przez lata posługują się w pracy jedynie swoim ojczystym językiem, chodzą do supermarketu, płacą w kasie samoobsługowej, byleby nie musieć mówić po angielsku. Gdy pewnego dnia zdarzy się, że trafią do szpitala, nie potrafią powiedzieć, co się dzieje, co ich boli. Dlatego też szpitale zatrudniają pielęgniarki z innych krajów, by pomagały w komunikacji, by nie trzeba było uruchamiać czasochłonnej procedury zamawiania tłumacza.

Praca była wyczerpująca, ciągłe neuroobserwacje, pacjenci po urazach głowy, przed zabiegami, po zabiegach, z drenami w głowie. W pierwsze miesiące opieka pochłaniała mnie tak bardzo, że zostawałam po godzinach, żeby dokończyć pisanie dokumentacji pielęgniarskiej.

neurons1739997_1920

Po pracy szłam do mojego pokoju w kampusie. Częstym gościem stała się Sabina, Polka, która zaczęła pracę w tym samym czasie co ja. Pracę też dostałyśmy na tym samym oddziale. Sabina także wcześniej pracowała w domu opieki, ale bardzo jej się nie podobało. Opuściła go ze złością i poczuciem wykorzystania po pięciu miesiącach, dostając w podzięce za ciężką pracę złe referencje. Te jednak nie przeszkadzały w otrzymaniu pracy w szpitalu.

Z czasem poznałam już wszystkich współlokatorów w swoim mieszkaniu. Jedna kuchnia na 7 osób. Czasem spotykaliśmy się przypadkiem w kuchni przy robieniu tradycyjnych dla naszych krajów potraw. Poznałam już bardzo przykry i długo utrzymujący się w powietrzu zapach filipińskiej ryby, bułgarską gotowaną fasolę, hiszpańską paellę. Pewnego razu, robiąc leczo, spotkałam w kuchni Colina.

- Ładnie pachnie. Lubisz gotować? – zagaił.

- Bardzo. Zwłaszcza takie potrawy, przy których nie trzeba dużo zmywać, są szybkie w robieniu i dobre – zaśmiałam się. Danie już było prawie gotowe, więc zaproponowałam Anglikowi, żeby spróbował. Chwila luźnej rozmowy, gdy nagle z impetem wparowała do kuchni dziewczynka.

- Tato! Czekam i czekam! – spojrzała na mnie z zaciekawieniem. – Co macie? – zapytała mnie bez skrępowania, jakbyśmy się znały od kilku lat. Bez zbędnych pytań, nałożyłam  jej na talerzyk porcję obiadu. 

- To moja córka – powiedział Colin. Niepodobna – pomyślałam. Dziecko wyglądało na stuprocentowo azjatyckie.

watercolorportrait1050723_1920

Przy kolejnym przypadkowym spotkaniu Colin opowiedział mi w skrócie historię swojego życia. Przeszło mi rzeczywiście przez myśl, dlaczego informatyk żyje w takim kampusie. Jakiś czas temu mężczyzna rozwiódł się z żoną. Krótko przed rozwodem adoptowali dziecko, dziewczynkę z Azji. Myśleli, że pomoże im to scalić związek. Nie scalił. Teraz Colin nie ma nikogo, oprócz tego dziecka, przyjeżdżającego do niego raz na tydzień. Widziałam przed sobą dobrego, wrażliwego człowieka. Zrobiło mi się go bardzo żal. Miałam ochotę powiedzieć mu, by rozejrzał się wokół, by zauważył, jak Azra na niego patrzy.

Każdy poszukuje szczęścia. Colin też szukał. Dlatego pewnego dnia po powrocie z pracy znalazłam karteczkę wsuniętą pod moje drzwi: „Jakbyś miała ochotę czasem gdzieś razem wyjść, to wiesz gdzie mieszkam. Colin”.

 

 

 

 

 

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci