Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Rezydenci

polskanightingale

Wiosna 2013

W domu opieki, w salonie fotele były ustawione w okrąg, żeby z każdego widać było aktualny program telewizyjny. W czasie, kiedy ja zabierałam się za raport pielęgniarski, opiekunowie pomagali podopiecznym przy myciu, ubraniu, przetranspotowaniu dźwigiem do wózków inwalidzkich lub dojściu do salonu bądź jadalni przy użyciu balkonika. Po rozdaniu porannych leków było trochę czasu na żarty, na wysłuchanie co się podoba a co nie. Najgłośniejsza była Ivy, która bardzo teskniła za synem, nie znosiła swojej synowej - była przekonana, że ogranicza jej kontakt z synem. Zresztą uważała, że to przez nią znalazła się w takim miejscu, bo syn na pewno lepiej by się nią zaopiekował. Cierpliwie tłumaczyłam, że czasem dzieci nie są w stanie zaopiekować się schorowanymi rodzicami, zwłaszcza kiedy są aktywni zawodowo. No i jeszcze dochodził problem, że Ivy po operacji biodra nie mogła sama wstać z fotela. Potrzebuje specjalistycznego sprzętu do przenosin z fotela do wózka. Ivy rozumiała swoją sytuację, ale czuła się samotna. Mimo wszystko dziękowała mi, że poświęciłam jej trochę czasu. Mówiłam jej to dzień w dzień, bo Ivy miała demencję. Nie pamiętała, że również wczoraj i przedwczoraj starałam się jej wytłumaczyć dlaczego się tu znajduje.

Starałam się pomagać opiekunom przy posiłkach. Skrzętnie notowałam kto ile zjadł, wielu pomagałam w karmieniu, bo nie mogli utrzymać łyżki albo łyżka z owsianką co chwilę zamiast w buzi lądowała w herbacie. Na dwudziestu pięciu podopiecznych na palcach jednej ręki można było policzyć tych, co mogli zjeść posiłek samodzielnie. Do nich należało trzech panów, zawsze siadających razem przy tym samym stoliku. Harry, Bill i Vincent rozumieli się bez słów. Bill po udarze miał duży problem z wypowiedzeniem słów, Harry zmagał sie z depresją, a Vincent, obciążony nowotworem kości i innymi chorobami układowymi, tuż przed moim przyjazdem do Anglii stracił władzę w nogach. Panowie jednak, jak już wspominałam, rozumieli się bez słów i stroili sobie niewybredne żarty z pozostałych, jeszcze bardziej schorowanych staruszków, bądź znajdowali sobie inne obiekty żartów. Byli wyraźnie zadowoleni z nowych, młodych pielęgniarek. Gdy pierwszy raz ujrzeli Martę i mnie, zaczęło sie przepytywanie. Jak jest w naszym kraju, jak nam się podoba w Anglii, jakie mamy zainteresowania. Przyznałam się, że trochę śpiewam, ba, nawet zaśpiewałam podopiecznym kawałek swojej ulubionej piosenki. Zszokowałam staruszków. Vincent, patrzył na mnie z szeroko otwartą ze zdziwienia buzią. Od tego czasu codziennie jego pierwszego widziałam po przekroczeniu progu domu opieki. Siedział na fotelu zaraz przy głównym wejściu. Czekał.

Lekarz przewidywał, że Vincent przeżyje jeszcze maksymalnie sześć miesięcy. Rak kości, wynik przerzutów z innych narządów, odebrał mu możliwość samodzielnego poruszania. Zdając sobie sprawę z postępującej choroby nowotworowej mój podopieczny stwierdził, że chce ten pozostały czas przeżyć bez inwazyjnych procedur medycznych, bez wbijania igieł w swoje ciało, bez zastrzyków. Przedyskutował sprawę z jedyną córką i doktorem, który wypisywał mu receptę jedynie na leki przeciwbólowe, bez których nie mógł się obejść. Mimo tak nieprzyjemnej diagnozy i prognozy uśmiech nie schodził z jego twarzy. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Czasem nawet zostawałam z Martą chwilę dłużej, żeby z nim porozmawiać. Opowiadał nam o miejscach, gdzie pracował - między innymi fabryka czekolady, firma obuwnicza, cyrk, kabaret gdzie opowiadał skecze i śpiewał. Najlepiej czuł się w kabarecie. Niestety, wielu żartów nie rozumiałam, o co się jednak nie gniewał. Cierpliwie tłumaczył. Swoim usposobieniem zyskał sympatię każdego pracownika w domu opieki. No, prawie każdego. Raz Vincent wskazał na młodą opiekukę Samanthę i, wiedząc że słyszy, zaczął o niej negatywnie mówić.
- Widzisz ją? Zwodzi każdego. Nie można jej ufać. Byłem z nią w związku przez pół roku a teraz zobacz tylko, wodzi za nos innych facetów - wskazał na dwóch innych opiekunów a cała trójka słysząc to, pokiwała z politowaniem głową. Spojrzałam z niedowierzaniem
- Vincent, znowu żartujesz.
- Ale to już nieważne. Teraz wiem, że tak miało być - uśmiechnął sie, mrugnął porozumiewawczo do jednego z opiekunów. Znaczyło to, że jest już zmęczony i chce, żeby ktoś odwiózł go do jego pokoju gdzie może w spokoju posłuchać swojej ulubionej muzyki.

Dopiero później okazało się, że w zaciszu swojego pokoju ćwiczył samodzielne wstawanie z wózka inwalidzkiego a potem chodzenie przy pomocy balkonika. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego razu przekraczając progi domu opieki ten, na mój widok samodzielnie wstał, przeszedł kilka kroków i z uśmiechem powiedział:
- Dzień dobry skarbie.

woman453014_12802

Ucieczka z domu opieki

polskanightingale

Wiosna 2013

- W czerwcu nie mogę przyjechać, wiesz jak jest. Może w lipcu dadzą mi ze trzy dni urlopu.
Rozmowa z narzeczonym pozbawiła mnie złudzeń na rychłe spotkanie. Co prawda, ja przyjeżdzałam do Polski regularnie na kilka dni, ale potem znowu czekała nas rozłąka na miesiąc, dwa. Zaczęłam mieć wrażenie, że jedynie mi przeszkadza odległość. Prawdą jest, że zawsze znajdował czas na rozmowę na Skypie. Ale brakowało kontaktu cielesnego, przytulenia, trzymania się za ręce. Po kilku miesiącach pobytu w Anglii zaczęłam się zastanawiać dlaczego we wszystkich ważnych chwilach jestem sama. Czy taki wyjazd nie powinien być przygodą, z którą powinniśmy zmierzyć się razem? Wspólnym odkrywaniem świata. Nagle zaczęłam mieć duże wątpliwości, czy na pewno chcę, aby mój związek tak wyglądał. Zwłaszcza, że w ciągu ostatnich miesięcy to chyba ja zaczęłam bardziej o niego walczyć. Obawiałam się powrotu do Polski, bo przed samym wyjazdem obie nasze pensje nie były za wysokie, starczało na życie od pierwszego do pierwszego w wynajętej kawalerce. Niestety bez pomocy finansowej rodziców, nie byłoby kasy na nowe spodnie czy bluzkę. Wiem, że wiele osób tak żyje, ale ja zawsze miałam bardzo pragmatyczne myślenie, a też serca nie miałam wiecznie brać pieniądzy od rodziców. Zaczęłam kalkulować, że nawet jeżeli kupimy mieszkanie na kredyt, to przecież opłacenie kredytu będzie jeszcze droższe niż wynajem kawalerki. Gdzieś tam w głowie kołatały się myśli, że po pięciu latach narzeczeństwa wypadałoby wziąć ślub, no i co, jak zajdę w ciążę? Mówiłam otwarcie o swoich obawach, powiedziałam, że prawdopodobnie będę musiała zostać w Anglii dłużej niż rok. Mój luby zdawał się wcale nie przejmować takimi przyziemnymi sprawami. Dlaczego nic nie planuje? Dlaczego odczuwa strach przed zmianami? Co się z nami stało?!

Jednym z moich podopiecznych był Bob. Bob mierzył jakieś 1.90 wzrostu i był bardzo szczupły. Z jego twarzy emanowała dobroć. Myślę, że ten człowiek nigdy nie skrzywdził nawet muchy i również teraz, tak ciężko chory, nie skrzywdziłby. Z zawodu inżynier, całe dorosłe życie pracował jako złota rączka w swoim własnym domu opieki, który prowadził razem z żoną. Żona Clare, przesympatyczna kobieta, nieraz opowiadała mi o tym ich domu opieki. Ona była główną właścicielką i kierowniczką, miała zatrudnioną jedną pielęgniarkę, dwóch opiekunów. Tak mało, ponieważ dom opieki był również ich domem, Clare i Boba. W nocy to oni na zmianę doglądali dwunastu staruszków. Dobierali sobie takich podopiecznych, przy których praca zamieniała się w przyjemność. Piszę tak, bo starość przybiera różne formy, czasem uśmiechniętej staruszki bujającej w ramionach lalkę, a czasem agresywnego mężczyzny, wyzywającego każdą napotkaną osobę i atakując laską do chodzenia. Gdy Bob zaczął chorować, Clare zdecydowała się na zamknięcie swojego domu opieki i poszukanie podopiecznym innego ośrodka. Do najlepszego z nich oddała Boba, gdy zaczął uciekać z domu, gdy jego choroba zaczęła ją przerastać. Musiała znaleźć miejsce, gdzie jej mąż będzie bezpieczny, jej dom nie był dostosowany do jego choroby. Tak Bob trafił do nas. Clare odwiedzała Boba codziennie i spędzała z nim kilka godzin, a to zabierając go do ogrodu, a to do pubu na szklaneczkę whisky z lodem. W czasie, kiedy Clare nie było Bob dużo kombinował. Chodził od korytarza do korytarza i próbował złamać znany tylko personelowi i rodzinom kod, oddzielający drzwi wyjściowe z budynku. Nie raz schował się za rogiem i czekał tylko, aż ktoś wyjdzie, żeby on mógł się szybko przemknąć i uciec z domu opieki. Problem w tym, że Bob nie wiedział gdzie chce iść. I jego chód był bardzo niestabilny. Raz po raz gdzieś się wywrócił nabijając sobie siniaki i budząc podejrzenia rodzin odwiedzających innych pacjentów. Po kilku wyemitowanych przez telewizję historiach znęcania się personelu nad bezbronnymi staruszkami, każdy siniak jest tu skrzętnie poddawany obdukcji, ba wręcz trzeba napisać kilkustronnicowy raport. W pokoju pielęgniarskim miałam specjalny folder, w którym opisywałam szczegółowo każdą zmianę skórną, do wglądu dla Komisji do Spraw Jakości Opieki. Znalazłam sposób, aby Bob nie lądował za często na ziemi. Zauważyłam, że jak się go poprosi o pomoc w czymkolwiek, ten ochoczo zabiera się do roboty. Po chwili zapomina się w tym co robi. Kiedy pisałam dokumentację prosiłam, aby również napisał mi jakieś sprawozdanie np. "co się dzisiaj wydarzyło". On wtedy potrafił dobrą godzinę spędzić na zarysowywaniu szlaczkami całej kartki. Bądź godzinę się wpatrywał w podsuniętą pod nos gazetę. Ot, demencja. Trzeba było jedynie uważać, kiedy nastąpi ten moment, gdy w końcu oderwie się od zadanej czynności i będzie dalej kontynuował swój plan ucieczki z domu opieki.

***

Żeby mi się tak bardzo chciało, jak mi się nie chce codziennie do pracy dojeżdzać rowerem. Już tylko czekam na lato, bo póki co, jest jeszcze ciemnawo i zmino z rana. Co prawda przejażdzka dobrze orzeźwia przed pracą, ale jako leń z natury i wyboru wybrałabym transport autobusem gdyby taki był dostępny. Staram się nie myśleć o tym, że chłodno i wmawiam sobie, że dobrze rozruszać trochę kości. Moja trasa rowerowa jest całkiem ładna, znalazłam skrót do pracy, tylko dziesięć minut jadę główną drogą a pozostałe dwadzieścia gruntową, która oddziela pas domów jednorodzinnych od pól, na którym pasą się owce. Patrząc na ten sielski obrazek zastanawiam się, kiedy odwiedzi mnie ktoś bliski i będę mogła mu to pokazać. Na razie na żadne odwiedziny się nie zapowiada. Pod koniec trasy muszę zejść z roweru, bo jest wysoko pod górkę, a ja kolarzem nie jestem. Na tej górce stoi właśnie dom opieki, w którym pracuję. Już widzę czerwoną cegłę, z której jest zbudowany budynek. Widzę też wysoką, szczupłą postać w piżamie zmierzającą w moją stronę, szybko, jakby uciekała. Przecieram oczy ze zdumienia. To Bob. Jak on się wymknął, że nie zauważył go nikt z personelu?
- Dzień dobry Bob. Gdzie idziesz? - nawet nie dałam rady się uśmiechnąć. W głowie kołatały mi się czarne scenariusze co by było, jakby zwiał wcześniej i nikt by go nie mógł znaleźć. Od scenariuszy, że coś mu się mogło stać po złą sławę naszego domu opieki. Masakra.
- Dzień dobry. Nie... nie wiem. - Bob pierwszy raz od długiego czasu zrobił coś samodzielnie i widać było, że jest z siebie dumny. Na twarzy ma łobuzerski uśmiech. Wyciągam do niego rękę.
- Chodź, pokażę Ci drogę do domu. - Jedną ręką prowadzę rower a drugą trzymam rękę Boba. Na szczęście dom opieki już niedaleko. Po przypięciu zabezpieczeniem roweru do płotka, dalej trzymając się za ręce wchodzimy z Bobem do domu opieki. Tam w progu czeka już na nas pielęgniarka z nocnego dyżuru, w panice, właśnie zdała sobie sprawę, że brakuje jej jednego podopiecznego. Wraz z opiekunkami przeszukały już cały dom, od pokoi po schowek na miotłę. Już planowała zawiadamiać policję i kierowniczkę, że jest problem. Jak tylko nas zobaczyła wchodzących z radości rzuca się nam obojgu w ramiona i tak trwamy chwilę w uścisku. Odruchowo zamykam oczy. Gdy je otwieram, zauważam jeszcze jedną osobę, która bacznie nas obserwuje. Podparty o framugę drzwi stoi Vincent, bez cienia uśmiechu, z wyraźnym oburzeniem na twarzy. Jego oczy mają odcień zazdrości.

 StockSnap_6D2BBBEF99

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci