Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Przeznaczenie

polskanightingale

 Zima 2013

- Pocałuj mnie – poprosił Vincent. Chciałam przejechać z wielkim wózkiem z lekami do salonu, a on stał w przejściu i zagradzał mi drogę.

Tym razem zostałam wysłana na swój oddział, nie na demencyjny. Prośba Vincenta zdecydowanie przekraczała moje kompetecje zawodowe. Czasem pielęgniarki przytulały swoich podopiecznych, żeby ich pocieszyć, czy tak po prostu – z serdcznością, tak jak w rodzinie. Ale tym razem staruszek prosił o zbyt wiele. Stanęłam w szoku jak wryta.

- Pocałuj mnie! Nie chcesz mnie pocałować, bo jestem stary?! - wkrzyknął z dramaturgią w głosie. Nadal, zdezorientowana jego nagłym wybuchem złości, szukałam w głowie odpowiednich słów, aby się uchronić, a jednocześnie go nie zranić. Nic nie przyszło mi w tym momencie do głowy. Vincent kompletnie zwariował.

- Nie - wykrztusiłam krótko. Vincent spojrzał mi prosto w oczy, jakby chciał coś z nich wyczytać. Gdyby jego wzrok w tym momencie potrafił zabijać, już bym leżała martwa. Nie powiedział nic, powoli zwolnił przejście do salonu, wyminął mnie w korytarzu i skierował się w stronę swojego pokoju.

- Vincent! Zaczekaj, proszę... Wiem, że jesteś zły... Ale mam dla ciebie jeszcze tabletki... Może usiądziesz w salonie na chwilkę, dam ci szybko twoje leki, dobrze? - rozpaczliwie szukałam sposobu załagodzenia sytuacji. W odpowiedzi usłyszałam jedynie, że nie mam nawet próbować czegoś mu wcisnąć, żadnych tabletek ode mnie nie weźmie. Odwrócił się ze złością i wrócił do swojego pokoju.

No dobrze, leków ode mnie nie chciał, to poprosiłam koleżankę z innego oddziału, żeby zapytała Vincenta czy nie zechciałby wziąć chociaż tabletek przeciwbólowych. W przeciwnym razie jego choroba nowotworowa może dać mu się nieźle we znaki. Bezskutecznie. Drugiej pielęgniarce również nie udało się przekonać rezydenta do połknięcia leków. Z ciężkim sumieniem musiałam zaznaczyć tym razem w karcie zleceń, że odmówił ich przyjęcia.

***

W dzień wolny od pracy umówiłam się z Robem, którego poznałam w drodze do Chester, gdy jechaliśmy z rodzicami na wycieczkę. Napisałam mu wcześniej zwięźle na Facebooku, że kiedy studiowałam i pracowałam w Gdańsku, byłam sąsiadką jego ojca, że wysłałam go do szpitala, gdy zasłabł, i pan Antoni nie żyje już od trzech lat. Rob chciał się spotkać, porozmawiać o tej całej historii.

Spotkaliśmy się w centrum Manchesteru. Anglik zaprosił mnie do starego pubu na piwo. Opowiedziałam mu o wysłaniu pana Antoniego do szpitala przed pracą i o tym, że odwiedziłam go w szpitalu, gdy miałam nocny dyżur. No i finalnie, w jaki sposób dowiedziałam się, że zmarł.

Przy okazji spotkania, Rob opowiedział też trochę o sobie. Kiedyś był w Polsce i szukał swojego ojca. Nawet napisano o tym w gazecie. Pokazał mi zmięty kawałek angielskiego dziennika. Na zdjęciu widniała jego twarz w wieku około trzydziestu lat. Miało to ułatwić poszukiwania. Pomagała mu w nich Organizacja Brytyjskiego Czerwonego Krzyża. I odnalazł ojca! W tym okresie w Polsce panował komunizm. Ojciec ciepło go przyjął, ale z pewną dozą rezerwy. Zjedli razem kolację. Rob poznał przyrodnią siostrę i brata. Jednakże syn nie do końca wyobrażał sobie, że spotkanie z ojcem po tylu latach będzie tak przebiegało. Nie wyglądało jak kadr z ekscytujących filmów, gdzie po latach rozłąki bliskie osoby rzucają się sobie w ramiona. Po prostu miłe wydarzenie i to wszystko. Antonii zaproponował Robowi nocleg w pokoiku swojego i tak zatłoczonego mieszkania w Gdańsku, a następnego dnia już musieli się rozstać, bo Anglik z powodu wizy na czas określony musiał wracać na samolot do Warszawy. Potem znowu stracili kontakt. Dlatego syn nie wiedział o śmierci ojca w 2011 roku.

Miło spędziłam ten wieczór. Rob okazał się bardzo interesującym człowiekiem, miał wiele pasji, często podróżował. Zawodowo zajmował się sztuką – organizacją festiwali filmowych w Manchesterze. Zgodziliśmy się z tym, że jego historia, syn poszukujący swojego ojca, to dobra historia na film. Niestety, niemożliwe było ustalenie, co przyczyniło się do wyjazdu pana Antoniego z Anglii, pozostawienia rodziny, przyjęcia syna w późniejszych latach z tak dużą rezerwą. Może dlatego, że ówczesny komunistyczny system władzy w Polsce nieprzychylnie patrzył na takie historie, a obcokrajowców takich jak Rob traktowano jak intruzów? Pozostają tylko domysły.

- Paula. Myślę, że nasze spotkanie było z góry zaplanowane przez jakieś wyższe siły. Może mój ojciec chciał coś mi przez to przekazać? To było przeznaczenie - powiedział z zadumą Rob.

angel1548085_1920

 

Barykada

polskanightingale

 Jesień 2013

- Hallloo?! Policja?! Ktoś ukradł mój samochód!! - krzyczał Andy do słuchawki telefonu. Siedział w punkcie pielęgniarskim, malutkim pomieszczeniu, gdzie trzymaliśmy dokumenty i telefony, przedzielonym szybą z korytarzem, aby można było pisać papierologię i jednocześnie obserwować korytarz. Andy wkradł się tam, gdy na moment wyszłam z punktu. Chwilę wcześniej usłyszałam krzyk i pobiegłam zobaczyć, co się dzieje do salonu. To jedna z rezydentek rzuciła tacą z obiadem w opiekuna. Krzyczała, że chcemy ją otruć, jeść tutaj posiłków nie będzie. Z tej chwili mojej nieuwagi skorzystał Andy, bo przeważnie pokoik zamykam na klucz. Andy był ogromnym mężczyzną, jeszcze w sile wieku, demencja dotknęła go bardzo szybko, miał 70 lat. Poruszał się o lasce i gdy ktoś go zdenerwował, potrafił nią porządnie machnąć. Większość z personelu wolała nie wchodzić mu w drogę. Było to jednakże nieuniknione. Andy chodził od jednego korytarza do drugiego, szukając wyjścia z oddziału. Codziennie tworzył inną historię. A to widział przez okno, że ktoś mu kradnie samochód, a to, że musi iść do domu zobaczyć, czy żelazko wyłączył. Dzisiaj znów mu się wydawało, że ktoś się pokusił na jego auto.

- Paula, co się dzieje? Czy ty wiesz, że Andy odbiera telefony?? - zapytała kierowniczka Karen. Przyszła na oddział, a zazwyczaj gdy czegoś chce, dzwoni ze swojego gabinetu na poszczególne oddziały. W tym rzecz. Andy nie mógł wykonać telefonu na zewnątrz, bo nie znał kodu, który działał na zasadzie numeru kierunkowego. Mógł za to odebrać telefony przychodzące do domu opieki, w tym od rodzin innych pacjentów. To oczywiście wzbudziłoby podejrzenia najbliższych, że coś się niepokojącego dzieje w domu opieki. Dlatego kierowniczka pofatygowała się z przejściem przez długie korytarze i schody do oddziału demencyjnego.

- Karen, co ja mam twoim zdaniem zrobić? Andy mnie nie lubi. - Na dowód, zapukałam przez szybkę pokoiku do podopiecznego. Ten zrobił grymas, wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu, pokazał mi język i pogroził laską. Nie przepadał za mną. Według niego, ciągle kłamałam z lekami, przecież on dobrze wie, że jest zdrowy i nie potrzebuje żadnych tabletek. Andy miał specjalną instrukcję dla pielęgniarek od lekarza, że leki można pokruszyć i rozpuścić bądź wymieszać z jedzeniem czy napojem. Wsypywałyśmy mu więc utarty proszek do herbaty, słodząc dużą ilością cukru, aby nie daj boże wyczuł, że dodałyśmy ekstra składnik. Bez leków robił się agresywny. Niestety bywało, że niektórym pielęgniarkom nie udawało się dobrze ukryć ich smaku. Wtedy cały medykament lądował na dywanie, a nawet w napadzie złości Andy potrafił rzucić kubkiem z herbatą o ścianę.

Tym razem, miałam jeszcze dodatkowy problem, ponieważ negatywnie zapamiętałam się Andemu przez to, że nie pokazałam mu dobrej drogi do wyjścia z oddziału, gdy o to prosił. A przecież on musiał wyjść natychmiast! Przecież ukradli mu samochód.

Przez chwilę również kierowniczka Karen próbowała bezskutecznie wywabić rezydenta z pokoiku. Czułam rezygnację. Będę musiała czekać do wieczora, aż Andy łaskawie zgodzi się opuścić pokój z folderami. Już widziałam siebie, piszącą notatki na temat pacjentów po godzinach pracy.

- Może będę mógł paniom pomóc. – Za nami stał Neo, jeden z opiekunów. Neo pracował na tym oddziale już pięć lat. Skończył kilka kursów zawodowych, widać, że czuł się w tym, co robi, jak ryba w wodzie. Rezydenci z demencją, nawet ci, którzy byli najbardziej nieufni i podejrzliwi, jego trzymali za rękę, słuchali się we wszystkim, co mówił. Czasem się zastanawiałam, jak on to robi. Od kiedy zostałam przekierowana na inny oddział, z trudem zyskiwałam akceptację nowych podopiecznych.

Neo zapukał do Andiego przez szybkę. Uśmiechnął się do niego. Rezydent spojrzał z rezerwą. Opiekun poszedł po coś do salonu, wrócił z tostem posmarowanym dżemem. Oto sposób! Andy zaczął odsuwać powoli elementy swojej barykady, czyli szafki poukładane jedna na drugiej. Jak gdyby nigdy nic otworzył drzwi i kierując się w stronę jadalni powiedział: - Napiję się do tego filiżankę herbaty. Słodzę trzy łyżeczki cukru.

 

***

 

Zazwyczaj akceptację u osób z demencją zyskuje się z czasem, okazując zrozumienie, wsparcie, mówiąc dobre słowo. Problemem jest, że chorzy na demencję z dnia na dzień mogą nie pamiętać imion swoich opiekunów, członków rodziny. Opieka staje się trudna, demencja, oprócz zaburzonych zdolności intelektualnych, niesie ze sobą wahania nastrojów czy zaburzenia lękowe, paranoidalne. Chorzy często oskarżają otaczających ich ludzi o złe zamiary, kradzieże czy pomawiają opiekunów o złą opiekę.

Po prostu muszę się uzbroić w cierpliwość – myślałam idąc do punktu pielęgniarskiego po swoją torebkę. Może trzeba poczytać w internecie na temat trików, jak pracować z osobami z demencją? Może zapytam Neo? Jest dobry w tym, co robi. Oprócz tego jest na czym oko zawiesić. Neo to wysoki, dobrze zbudowany Mulat z sympatycznym uśmiechem i śmiejącymi się oczyma. No i mam wrażenie, że skrywa w sobie trochę tajemnicy. Często, gdy o coś pytam, odpowiada żartem, jakby chciał ominąć prawdę. Taki też jest dla naszych podopiecznych, zagaduje, żartuje. Charakteryzuje go empatia. Kiedy widzi, że któryś z podopiecznych nie ma dobrego humoru, to po prostu siada przy nim i trzyma chwilę za rękę.

Wchodzę do szatni dla personelu, otwieram swoją szafkę. Wyciągam z torebki komórkę, nowa wiadomość. Czytam. „Cześć! Tu Neo. Może miałabyś ochotę porozmawiać o pracy i nie tylko przy kawie?”.

Właściwie, czemu nie.

hospice1793998_1280

 

Wielki mały świat

polskanightingale

Wiosna 2013

W czerwcu dostałam kilka dni urlopu. Tym razem zamiast lecieć do Polski zaprosiłam rodziców do Anglii.

Rodzice przyjechali kilka dni temu. Starałam się pokazać im jak najwięcej atrakcji, chociaż sama przez natłok pracy niewiele do tej pory zwiedzałam. To ich pierwszy pobyt w Anglii.

Do zwiedzania wybrałam Chester. Wyczytałam w internecie, że to miejsce, jakie warto zobaczyć ze względu na ciekawą architekturę i bogatą, sięgającą prawie dwóch tysięcy lat historię. Miasteczko było jedną z baz armii rzymskich w Brytanii i zostało otoczone wysokim murem, który zachował się do dzisiaj i jest wielką atrakcją turystyczną. Każdy przyjezdny zaczyna swoją wycieczkę od spaceru po murze.

Czekając na autobus na stacji Picadilly w Manchesterze, który miał nas zabrać do Chester, zaczęliśmy głośno komentować w języku polskim, co się podoba, a co nie. W pewnym momencie zauważyłam, że przygląda nam się szpakowaty mężczyzna, na oko lat 60. Na chwilkę zatrzymałam wzrok na jego twarzy. Kiedy ktoś obcy przysłuchuje się w ten sposób, wygląda, jakby rozumiał nasz język. Zastanawiam się w takich momentach, czy to rodak, czy nie. Nie dziwne. W końcu nas, Polaków, jest tu bardzo wielu, podobno około miliona. Mężczyzna wyczuł mój wzrok i ośmielony podszedł do nas.
- Dzień dobry państwu. Jak się macie? Wspaniały dzisiaj dzień na wycieczkę. Państwo z Polski? - zagaił po angielsku, co rodziców trochę skonsternowało. Angielski znają na tyle, żeby zrozumieć podstawowe słowa. Nigdy tego języka nie uczyli się na żywo.
- Dzień dobry. Tak, jesteśmy z Polski. Rodzice przyjechali na urlop na kilka dni - odpowiedziałam.
- Pytam, gdyż rozpoznałem język. Mój ojciec pochodził z Polski. Ale ja rozumiem jedynie kilka słów, urodziłem i wychowałem się w Anglii - powiedział z uśmiechem.

Pokiwałam z zaciekawieniem głową.

Mężczyzna z pewnością rozwinąłby konwersację, ale w tym momencie kierowca zaczął nawoływać pasażerów do zajmowania miejsc w autobusie. Rodzice po cichu komentowali między sobą, jacy ci Anglicy są uprzejmi, że tak zagajają rozmowę i jakie to miłe. Można by ten sposób bycia przenieść do Polski.

Malownicze Chester swoją architekturą i położeniem nad rzeką Dee nasunęło nam trochę skojarzeń z naszym Toruniem, miastem, do którego często robiliśmy rodzinne wycieczki ze względu na to, że rodzice tam właśnie studiowali. Wiele osób określa Toruń jako miasto magiczne i tak samo określiłabym Chester.

Postawiliśmy sobie za cel przejście wzdłuż całego muru obronnego miasta. Zatrzymaliśmy się na wysokim blanku, z którego roztaczał się widok na park i na rzymskie pozostałości, gdzie akurat odbywała się szkolna lekcja historii. Dzieciaki, na oko dziesięcioletnie, przebrane w stroje rzymskich żołnierzy, na tle ruin amfiteatru w skupieniu słuchały wykładowcy, który demonstrował uderzenia krótkim mieczem i opowiadał im (i nie tylko im, na blanku też zebrała się grupa przechodniów – widzów) o historii Wielkiej Brytanii. Rodzice, mimo nierozumienia padających z dołu zdań, oglądali ten pokaz z zaciekawieniem . Próbowałam coś wyłapać, zrozumieć, bo wiedziałam, że zaraz będą mnie prosili o zwięzłe przetłumaczenie wykładu nauczyciela. Nagle ze skupienia wyrwał mnie znajomy głos.
- Znowu się spotykamy! Jak się podoba Chester? - spotkany wcześniej w autobusie pan, widząc znajome twarze, znowu postanowił zagaić rozmowę. - Pogoda przepiękna. Ja to sobie robię takie wypady do innych miast co dwa tygodnie, ale tak pięknie nie było już od dawna. Wyjątkowo ciepła wiosna. A gdzie dokładnie państwo mieszkacie w Polsce?
- Na północy, w Gdańsku... - zaczęłam. Chciałam powiedzieć kilka zdań o mieście i Bałtyku, gdyż zawsze lubię zachęcać innych do zwiedzania naszego kraju - przecież u nas również jest wiele do zobaczenia - ale nie zdążyłam. Mężczyzna z zadowoleniem mówił:
- Znam Gdańsk! To właśnie z tego miasta jest mój ojciec! Kiedyś, dawno temu, jeszcze za czasów komunizmu w Polsce, pojechałem go odwiedzić. Ale nic, nie przeszkadzam państwu. Życzę miłego zwiedzania.

Gestem pozdrowił rodziców, znowu zaskoczonych tak życzliwym zachowaniem obcego człowieka.

Po zwiedzaniu i obowiązkowym tradycyjnym obiedzie "fish and chips" skierowaliśmy się w kierunku stacji autobusowej.

Mieliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu autobusu i wracaliśmy spacerkiem. Rodzice prosili o tłumaczenie każdej nazwy własnej ulicy, placu czy budynku.

Po dotarciu na miejsce zdumieni zobaczyliśmy tego samego Anglika! On również zamierzał pojechać tym samym autobusem co my! Tym razem, widząc że jestem zszokowana tak niezwykłym zbiegiem okoliczności, jedynie się uśmiechnął. Gdy dotarliśmy do Manchesteru, jeszcze nas na chwilę zatrzymał.
- Tak sobie przemyślałem po drodze sprawę... Może, gdy państwo wrócą do Gdańska... Może przy okazji przekażecie pozdrowienia mojemu ojcu. Mieszka przy ulicy Kartuskiej. Skontaktujemy się na Facebooku i podam dokładny adres? Na imię mam Rob. Miło było mi państwa poznać.
- Oczywiście. Kartuska to ulica, przy której mieszkałam podczas studiów. Narzeczony mieszka tam do teraz. Przy okazji możemy się skontaktować, zapewne to niedaleko – odpowiedziałam.

Wieczorem tego samego dnia odebrałam wiadomość od Roba:

"Mój ojciec nazywa się Antoni Mielec i mieszka przy ulicy Kartuskiej 78. Będę dozgonnie wdzięczny, jeżeli uda się mu przekazać pozdrowienia."

Antoni Mielec! Czytałam kilka razy nie wierząc.

 

chester1747363_12801

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci