Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Ahoj marynarzu!

polskanightingale

Zima 2014

- Moim zdaniem nie powinnaś się teraz umawiać na żadne randki – powiedziała Agata, moja przyjaciółka z czasów studenckich. Przyjechałam do niej do Gdańska i właśnie się szykowałyśmy do wieczornego wyjścia na miasto.

- Przecież i tak chcesz zaraz znowu wyjeżdżać do Anglii – kontynuowała, malując jedno oko, a drugim łypiąc na zdjęcia w moim telefonie. Zrobiłam sobie przerwę w nakładaniu cieni na powieki, by pokazać jej fotografie potencjalnych kandydatów na partnera z polskiego portalu randkowego.

- No, no. Ten jest całkiem spoko – pokiwała z uznaniem głową. Tak. Mi też się podobał. Marynarz. Z pewnością będzie mi opowiadał historie w stylu „Przygody Robinsona Crusoe” bądź takie o odległych krajach czy bezludnych wyspach... Zapowiadało się cudownie... Kobieta na statku podobno przynosi nieszczęście. Ale wbrew tej starej legendzie już wyobrażałam sobie, jak razem pokonujemy mile morskie w poszukiwaniu nowego lądu.

 Z fotografii patrzyła na mnie i na Agatę przyjemna, uśmiechnięta twarz. Dwutygodniowy zarost, zdjęcie było zrobione na statku. Pewnie w ferworze walki z falami nie miał chłopak czasu się ogolić. W rękach trzymał jakieś liny, zapewne z tymi słynnymi żeglarskimi supłami. W takiej scenerii gość wyglądał bardzo męsko. Przewidział chyba, jakie zdjęcie się spodoba dziewczynom z portalu internetowego.

- Kurde. Wyjechałam – kreska zrobiona eyelinerem pojechała w zupełnie inną stronę niż miała i zaczęłam przypominać Jokera z Batmana. Trzeba zmyć makijaż i zacząć wszystko od nowa. Ale co tam. W zaczynaniu od nowa przecież jestem mistrzynią.

 sailingvessel960728_1920_1

 

***

Umówiliśmy się w Salamandrze. To stara knajpka, mieszcząca się w centrum kultury w Starogardzie. Z czasów licealnych zapamiętałam, że było tam dość drogo. Raczej nie zachodziłam do niej za często. Ale zapamiętała mi się z tego miejsca najlepsza pizza Margarita, jaką jadłam. Zapach tej pizzy towarzyszy mi, kiedy tylko wchodzę do tego lokalu.

Przemierzałam wzrokiem stoliki. Marynarz napisał mi wiadomość, że jest już w środku.

Siedział już przy jednym ze stolików. Schowany w rogu, za pokalem z piwem. Ogolony wyglądał jak 17-letni chłopiec. Wstał, przywitał się. O głowę niższy. Niestety, to spostrzeżenie sprawiło, że nabrałam podejrzliwości co do jego metryki. No, ale piwo mu sprzedali. W opisie na portalu napisał, że ma 30 lat.

- Co pijesz? – zapytał. Po chwili siedziałam z filiżanką kawy prowadząc rozmowę, a raczej monolog.

Chłopak niewiele mówił. W sumie odpowiadał jedynie na moje pytania, które starałam się kreować na otwarte. Na każde odpowiadał jednym lakonicznym zdaniem. Nie mogłam znaleźć punktu zaczepienia, po prostu niczym się nie interesował. Wyglądało na to, że nawet jego własna praca go nie kręci. A ja marzyłam o opowieściach o wielkim świecie, o polskim odpowiedniku Magellana.

- A sport jakiś uprawiasz? – drążyłam temat.

- Nie bardzo – odpowiedział. Jak to jest możliwe? Przecież musi być jakaś dziedzina, którą ten chłopak lubi.

- Ale jak to? Nic a nic? Może jazdę na rowerze? Bieganie? Pływanie? Tenisa?

- Tenisa stołowego lubię –  powiedział marynarz po dłuższej chwili namysłu. Uff w końcu coś. Wspomniałam o sekcji tenisa, na którą chodzę. Może kiedyś się razem wybierzemy, rzuciłam luźną propozycję.

W drodze powrotnej do domu żałowałam, że mu to zaproponowałam. Pod wpływem adrenaliny, że miałam randkę, nie zauważyłam, jak to spotkanie wypompowało ze mnie energię. W zasadzie, miałam wrażenie, że marynarz dał z siebie bardzo niewiele, podczas gdy ja stawałam na głowie, by prowadzić jakąś konwersację.

28 lat. Nieuchronnie zbliżała się trzydziestka. Czy to dlatego tak rozpaczliwie szukałam kandydata na partnera? Bliscy, znajomi, a nawet lekarz rodzinny wspominają, że czas na ślub, na dzieci. Że tyka brutalny zegar biologiczny, że czas podążać za utartymi schematami, stereotypami.

A kandydata na partnera brak. Przez ostatnie dwa lata żyłam w przeświadczeniu, że szczęściu trzeba pomóc. Starałam się, jak mogłam. Nie przyszło. „Piniądz zza granicy” szczęścia nie daje i pachnie samotnością.

Za miesiąc miałam mieć rozmowę w sprawie pracy w oxfordzkim szpitalu. Może czas się skupić na karierze pielęgniarskiej, rozpocząć jakieś kursy zawodowe? Koniec z rozpaczliwym poszukiwaniem szczęścia. Niech samo mnie znajdzie. Co ma być, to będzie.

 hourglass1703330_1920_1

Nowe możliwości

polskanightingale

Jesień 2014

Po przyjeździe z Anglii, siedząc zamknięta w czterech ścianach swojego pokoju, karmiłam swój zły humor rozmyślaniem o tym, co ja właściwie będę robić w Starogardzie. Już w okresie, gdy chodziłam do liceum, marzyłam o mieszkaniu w Gdańsku lub jeszcze większym mieście. Nie wiem, dlaczego mnie tak ciągnęło do wielkiego świata. Z pewnością duże miasto daje więcej możliwości, ale zazwyczaj jest tak, że się z nich korzysta bardzo rzadko. Życie w Starogardzie? Przecież już posmakowałam wielkiego miasta, Greater Manchester!

W tym czasie, gdy czułam się taka osamotniona po rozstaniu z chłopakiem i Anglią, największym wsparciem była moja rodzina. Bardzo szybko poczułam się znowu potrzebna.

- Paula, chcielibyśmy wieczorem pobiegać. Zajęłabyś się dziećmi przez jakąś godzinkę? – Siostra z mężem postanowili wziąć się za siebie. Oczywiście. Nie ma problemu. A i tak nie miałam nic lepszego do roboty.

Dwa urwisy, lat 2 i 5, patrzyły na mnie, szczerząc zęby w szczerbatych uśmiechach. Dam radę, przecież pracowałam na oddziale dziecięcym. Lubię dzieci, wydaje mi się, że z wzajemnością. Usiadłam z nimi w namiocie rozstawionym na środku pokoju. Siostra wychodząc wręczyła każdemu do ręki kubeczek z jogurtem pitnym i wyszła. Dłuższą chwilę pobawiliśmy się klockami w trójkę, zapominając o całym świecie. Nagle starszy urwis wymyślił lepszą zabawę. Z wielką uciechą całą zawartość kubka wylał na głowę młodszego, który zaczął się drzeć w niebogłosy.

brothers1957095_1920

- O cholera – syknęłam. Młodszy nie przestawał się drzeć, a starszy w bardzo irytujący sposób dalej się cieszył z tego, co zmajstrował. Zaczął przeszukiwać, czym by tu jeszcze polać młodszego brata.

- Nie wolno! Nie-e! – w tym momencie oberwałam z kolejnego jogurtu prosto twarz. Na widok mojej miny młody zaczął uciekać, pokrzykując „nie złapiesz mnie!”. W końcu dorwałam urwisa, wzięłam na ręce, zaczęłam tłumaczyć, co zrobił źle. Z tłumaczeniem miałam problem, bo młodszy ciągle zawodził, wycierając ręką jogurt z głowy, a następnie o mebelki, a i starszy zaczął w trakcie tłumaczenia płakać, chyba bardziej z nudów, niż ze zrozumienia moich słów. W takiej sytaucji zastała mnie moja siostra z mężem, gdy wrócili z wieczornego joggingu. 

Dotychczas odwiedzałam moich siostrzeńców jedynie podczas krótkich urlopów w Polsce, raz na dwa – trzy miesiące. Teraz miałam okazję nadrobić stracony czas z bliskimi i odbudować relacje. Z czasem, po wspólnej zabawie, dzieci trzymały mnie za rękę, gdy już musiałam wracać, nie chciały mnie wypuścić. A i ja, mimo że nie zawsze były grzeczne, opuszczałam miejsce zabawy z ciężkim sercem.

Po kilku tygodniach od przyjazdu z Anglii znajoma wyciągnęła mnie na aerobik. Tak się wkręciłam, że zaczęłam chodzić na zajęcia regularnie we wtorki i w czwartki. Dodatkowo basen w soboty. W piątki grałam w tenisa stołowego. Jakież było moje zdziwienie, gdy koleżanka zadzwoniła do mnie:

- W Baszcie jest otwarcie wystawy. Masz ochotę się wybrać?

landscape2361485_1920

Po kilku tygodniach spędzonych w Starogardzie nie mogłam wyjść ze zdziwienia, że to miasto daje takie możliwości i się pięknie rozwija. Przed wyjazdem na studia do Gdańska to było zupełnie inne miejsce. Zaczęłam chodzić na wystawy, wernisaże. Robiłam wszystko, żeby odgonić od siebie myśli, że trzeba szukać pracy.

Zaczęłam się nawet rozglądać po ofertach dla pielęgniarki w internecie. Złożyłam podanie do pobliskiej przychodni. Pani z kadr spojrzała na mnie zza okularów i powiedziała:

- Szukamy pielęgniarki z grupą... - powiedziała.

- Jaką grupą? - nie zrozumiałam.

- Inwalidzką... - dokończyła.

Aha. Teraz wszystko jasne. ZUS-u nie chce się płacić za pielęgniarkę.

Często osoby, które wracają z emigracji, nie potrafią się odnaleźć na nowo w polskiej rzeczywistości. Kombinowanie, przekręty są na porządku dziennym. Na nowo trzeba się przyzwyczaić do biernej agresji pań czy panów w urzędach i w sklepach, do ludzi wpychających się w kolejkę. Mam wrażenie, że Anglik, jeśli ma powiedzieć coś w towarzystwie na temat innej osoby, powie o niej coś miłego. Polacy mają dokładnie odwrotnie. To są takie małe elementy, do których można się przyzwyczaić, ale podnoszą w jakimś stopniu ciśnienie i wpływają na jakość życia.

Co do pracy. Od jakiegoś czasu, gdy odpalałam internet, wyświetlała mi się reklama rekrutacji w oxfordzkim szpitalu. To było to, czego chciałam spróbować, nowe możliwości, rozwój, wyzwanie. Oferta wyglądała bardzo kusząco. Przeszkolenie, zakwaterowanie i 1000 funtów bonusu za relokację. Brzmiało fantastycznie! Nie zastanawiając się długo wysłałam zapytanie o szczegóły do firmy rekrutacyjnej.

oxford1378637_1920

Powrót z emigracji

polskanightingale

Jesień 2014

Fala polskiego jesiennego powietrza uderzyła mnie w twarz po wyjściu z samolotu. Ciągle miałam rozpalone policzki i zaszklone oczy. Próbowałam przetrawić to, co się wydarzyło dwie godziny temu. Arek odwiózł mnie na lotnisko w Manchesterze. Mimo wszystkich nieporozumień, kłótni i rozstania, zaproponował mi podwózkę. Kilka dni wcześniej wybraliśmy się nawet na imprezę do pobliskiego klubu. Po tańcach i kilku drinkach zjedliśmy po burgerze, zaserwowanym w pobliskim barze szybkiej obsługi. Jedząc i popijając piwo na pobliskiej ławce, stwierdziliśmy ze śmiechem, że lepiej dogadujemy się jako kumple niż jako para.

Na lotnisku Arek odprowadził mnie wzrokiem do bramek kontroli bezpieczeństwa. Starałam się nie patrzeć za siebie, jednak pokusa była nie do opanowania... W pewnym momencie odwróciłam głowę. Ciągle tam stał, w miejscu, w którym się z nim pożegnałam. Patrzył gdzieś w bok ze zmarszczonym czołem, zamyślony.

Do Polski miałam kupiony bilet w jedną stronę. Po kolejnej awanturze z Arkiem, w której stwierdził, że nie ma we mnie empatii i właściwie to przecież moja wina, że on pije, powiedziałam,  że mam dość. Dostałam kilka ofert dla pielęgniarki w innych miastach, wśród nich znalazły się propozycje pracy w szpitalu, o czym od jakiegoś czasu marzyłam. Jednakże nie chciałam rozpoczynać sama od nowa. „Czas wrócić do domu” - pomyślałam.

Patrząc na byłego partnera na lotnisku uświadomiłam sobie, że już go więcej nie zobaczę. Zakończył się pewien etap w moim życiu. Jak to będzie w Polsce? Martwiłam się. Czy znajomi mnie wyśmieją, uznają, że sobie nie poradziłam na emigracji?

Po wylądowaniu odebrałam swój bagaż, w którym spakowałam rzeczy uzbierane przez ostatnie dwa lata. W hali przylotów czekał już na mnie tata. Przywitaliśmy się, wziął ode mnie bagaż i po  chwili jechaliśmy do domu. Nie mogłam uwierzyć. Jechałam do rodzinnego domu w Starogardzie. Cieszyło mnie to, ale i przygnębiało. Bo co ja w tym mieście będę robić? Większość moich znajomych ze szkoły wyemigrowała za granicę bądź ułożyła sobie życie w większym mieście...

Ojciec patrzył przed siebie. Chociaż znał przyczynę mojego nagłego powrotu, taktownie milczał prowadząc samochód. Z jednej strony miałam ochotę się wygadać, a z drugiej nie miałam sił, by prowadzić jakąkolwiek rozmowę. Patrzyłam w szybę samochodu, rozmyślając o swojej porażce.

Mama z energią otworzyła drzwi domu, gdy tylko zobaczyła tatę parkującego na podjeździe.

- Zrobiłam ci schabowego – powiedziała. Przytuliła, ucałowała na powitanie. Nie ma jak u mamy. Gdyby schabowy był lekiem na złamane serce, to wszystko byłoby takie proste. Mama spojrzała na mnie ze zrozumieniem. Chyba zobaczyła w mojej twarzy, że kawałek wieprzowiny tu nie pomoże.

- I blok czekoladowy ci zrobiłam... – kontynuowała. Widząc jej starania po prostu nie mogłam się nie uśmiechnąć. Tak, czekolada pomaga na wszystko. Zdecydowanie.

 field1246620_1920

***

Gdy już spędziłam trochę czasu z rodziną, wymknęłam się po cichu do swojego pokoju. Przyszedł czas na „rozliczenie się” z pobytu w Anglii. Trzymając w jednej ręce kawałek bloku czekoladowego a w drugiej ołówek rysowałam drzewo decyzyjne. Co dał mi wyjazd, a czego mi brakowało na emigracji? Obliczałam zyski i straty, rysowałam coraz to nowe gałęzie po jednej i drugiej stronie drzewa. Przypomniałam sobie swój przyjazd do Derby i szkolenia o różnicach w pielęgniarstwie polskim i angielskim. Wspomniałam swoich pacjentów w domu opieki, którzy traktowali mnie jak członka rodziny, stuletnią Teresę uczącą mnie angielskich słów. To był czas wyzwań - czułam się spełniona, szanowana i potrzebna. Z drugiej strony drzewa decyzyjnego, z minusami emigracji, zapisałam  stracony czas z bliskimi, którego już nie odzyskam. Żałoba po śmierci dziadka i uczucie, że jest się daleko. Patrzyłam na swój rysunek i nie mogłam nic z niego wywnioskować. Wypisywałam błędy, które popełniłam w ciągu tego czasu, jak brak pewności siebie i nieasertywność. Wyjazd za granicę wiele mnie nauczył. Teraz czas zejść na ziemię z obłoków rozmyślań i zdecydować, co dalej. Włączyłam komputer, by zobaczyć co oferuje Starogard dla pielęgniarki. Nie zdążyłam odpalić przeglądarki, gdy rozległ się sygnał Skype'a.

- Paula! Słyszałam, że wróciłaś do Polski! Coś marnie wyglądasz – rzuciła komplementem Martyna, przyjaciółka ze studiów. Martyna z powodzeniem układała sobie życie na zachodzie Anglii pracując w domu opieki. Wyjechała rok po mnie, zresztą sama ją do tego namawiałam. Wyglądała kwitnąco, na emigracji poznała nowego faceta, miała wielkie plany – wspólne mieszkanie, rodzina. Przyjrzałam się sobie w kamerze – blada, przygnębiona, z plamami z bloku czekoladowego na swetrze. Cóż, wyglądałam tak, jak się czułam. W skrócie opowiedziałam jej swoją emigracyjną historię, kończącą się złamanym sercem i szybką ewakuacją do Polski.

- No co ty, kobieto! Tego kwiata jest pół świata – rzuciła na zakończenie mojej opowieści. – Słuchaj. Przyjeżdżam niedługo na urlop do Polski. Pójdziemy na jakąś fajną imprezkę. Pobawisz się, lepiej się poczujesz. Poznam cię z moim kuzynem...

- ŻADNYCH FACETÓW! – ucięłam jej wypowiedź.

women1905855_1920

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci