Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Współuzależnienie

polskanightingale

Jesień 2014

 

Czasem mam wrażenie, że nasze życie to teatr lalek. Ktoś pociąga za sznurki, my jesteśmy jedynie marionetkami w czyichś dłoniach, tańczącymi w rytm opowiadanej historii. Patrząc na niektóre historie z mojego życia, zbiegi okoliczności nabieram pewności, że ktoś steruje porządkiem świata. Czy nasze decyzje są więc tak naprawdę "nasze"?

 

Po trzech miesiącach wspólnego mieszkania postanowiłam rozstać się z Arkiem. Patrząc na przykład tego krótkiego związku, utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że para powinna ze sobą zamieszkać przed ślubem. Wiem, że to jest to wbrew zasadom Kościoła, ale ja sobie po prostu inaczej nie wyobrażam, jak można sprawdzić, czy będziemy szczęśliwi w związku. 

Mieszkając z Arkiem, bardzo szybko się przekonałam, jak nałogi mogą niszczyć życie. Emigracja sprzyja ich postawianiu czy pielęgnowaniu. Samotność, brak kontroli, stres związany z pracą, barierą językową to tylko kilka z czynników, które mogą prowadzić do sięgnięcia po kolejne kieliszki wina, po kolejnego drinka. 

W Polsce panuje stereotyp alkoholika, zniszczonego człowieka, brudnego, z obdartymi ubraniami, stojącego pod sklepem, pijącego kolejną butelkę taniego wina. Tak bardzo jest to mylne! Alkoholikiem może być przyzwoicie wyglądający prawnik, lekarz czy ubrany w garnitur pan z banku. Dużo osób zapyta, ile trzeba pić, by nazwano go alkoholikiem? Nie można tego określić. To jest ilość, bez której nie można się obejść kolejnego dnia. Wyobraź sobie sytuację, że pijesz codziennie lampkę wina, a pewnego dnia okaże się, że akurat wino się skończyło. Pobiegniesz prędko do sklepu, bo nie wytrzymasz bez tej lampki wina? Jeśli tak, to jesteś uzależniony. 

Arka poznałam przez portal randkowy. W swoim pierwszym, ujmującym liście napisał, że lubi wypić od czasu do czasu. Nie uznałam tego za alarm. Sama lubiłam napić się wina po dyżurze, zwłaszcza tym cięższym. Pomagało mi to zasnąć.  
Otwieranie puszki za puszką pod wieczór przez chłopaka zaczęła mnie bardzo niepokoić. Zaczęły się niekończące się kłótnie, bezskuteczne próby rozwiązania sytuacji, obwinianie siebie nawzajem, czepianie się drobiazgów i większych rzeczy. Przez ten krótki czas poznałam nie tylko tego faceta, ale i siebie z zupełnie innej strony, swoje zachowania, o które sama siebie bym nie podejrzewała. 

Zaczęłam być współuzależniona.

 alcohol428392_1920


***

Znowu wzięłam nadgodziny w domu opieki. Nie chcę siedzieć w domu. Nie tak miało wyglądać moje życie w nowym mieście. Radość z przeprowadzki prysła jak bańka mydlana...
- Paula! Czemu ten telewizor w salonie tak głośno gra?! Musisz mieć WSZYSTKO pod kontrolą! Jesteś pielęgniarką!! Co tak wolno rozkładasz te leki?! - zza rogu korytarza znowu pojawił się pokrzykujący szef, Hindus Krishna. W nosie miał to, że stoję właśnie z wózkiem z lekami po drugiej stronie korytarza, telewizor w salonie był tak daleko, że nie słyszałam dźwięku. Wzruszam ramionami, już nauczyłam się ignorować jego zachowanie. Ze wszystkim popędzał personel, jakby praca w opiece nad starszymi ludźmi była jakąś taśmą produkcyjną. Mam serdecznie dość tego domu. Czemu wzięłam nadgodziny? Zaczęłam już oszczędzać na wypadek rychłej przeprowadzki. Kompletnie nie wiem, jak się za to zabrać. Dzisiaj spotkałam dziewczynę studiującą pielęgniarstwo. Dorabia jako pomocnik farmaceuty, przywozi do domu opieki leki. Opowiedziała mi o swoich praktykach w szpitalu. Sama tam też złożyłam dokumenty jakiś miesiąc temu, ale moje CV pozostało bez odzewu. Zmieniłabym ten dom opieki na co innego bez wahania, ale widocznie, nie jestem jeszcze wystarczająco dobra, by mnie wzięli do szpitala. Może zrobiłam błędy językowe w życiorysie? 
Już końcówka dyżuru. O nie, znowu idzie szef! Czego znowu ode mnie chce? Przyglądam się, Krishna się uśmiecha. Podejrzane. W dłoni trzyma kilka kolorowych kartek.

 - Patrz, to dla ciebie. Rozdasz to swoim koleżankom w Polsce? - mówi wyjątkowo miłym glosem. Zerkam na kartkę. Wielki napis rzuca się w oczy - 1000 funtów. Za polecenie każdej pielęgniarki, która zostanie przyjęta do pracy w tym domu opieki. 
- Oczywiście, Krishna. Rozdam.

Wzięłam kartki do ręki. Tak. Pokażę w Polsce. Pielęgniarstwo jest w Anglii bardzo deficytowym zawodem. Do tego stopnia, że płacą aż tyle za zwykłe polecenie pielęgniarki. 

Ale myśl, że tej pracy nie poleciłabym nawet wrogowi, już zachowałam dla siebie.

executive844143_1920

Wypalone uczucie

polskanightingale

Lato 2014

 

- Aneta zrobi jajecznicę, ona robi lepszą - powiedział Arek, mój partner. Niejedna pani domu pewnie by się ucieszyła, że ktoś ją wyręcza w obowiązkach domowych. Jednak ja miałam poczucie, że moja rola w tym domu zostaje systematycznie degradowana przez jakiś niezdrowy układ. 

Po miesiącu wspólnego mieszkania wprowadzili się nowi współlokatorzy. Aneta, siostra Arka i Zuzia, jej sześcioletnia córeczka. Czemu tak nagle? Mąż Anety, również mieszkający w Anglii, z dnia na dzień ogłosił swojej żonie, że ich uczucie się wypaliło. Dziewczyna była przerażona. Do męża przyjechała niedawno, wcześniej czekała na niego w Polsce. Po roku dojechała do niego, stęskniona, z marzeniami o cudownej przyszłości swojej rodziny za granicą. Nie pracowała, nie zdążyła wyrobić sobie żadnych angielskich dokumentów, potrzebnych do otrzymania chociażby wsparcia finansowego na dziecko. Czekała, aż mąż pomoże jej ze skomplikowaną papierologią. 

Szybko się okazało, co stało za wypaleniem się ich uczucia. Miejsce w sercu mężczyzny zajęła zadbana, seksowna blondynka. To do niej mąż Anety wymykał się wieczorami, gdy żona czekała na niego w wynajmowanym mieszkaniu i zajmowała się ich dzieckiem. Pewnego dnia mąż poprosił żonę, by zrobiła zakupy na obiad i kolację, dał jej 10 funtów. Aneta dwoiła się i troiła w sklepie, obmyślała, jakie zrobić posiłki za tak małą kwotę. Wiedziała, że się nie przelewa, przecież tylko mąż pracuje. Ona też pójdzie do pracy, gdy załatwi dziecku szkołę i poduczy się angielskiego - myślała. Wymyśliła. Placki ziemniaczane. Czasochłonne, ale dobre i tanie. Może nawet zostanie trochę, by mąż wziął placki na jutro do pracy. Tak, wracając i niosąc pięć kilo ziemniaków na placki i inne zakupy, ujrzała, że coś stoi przed drzwiami domu. Podeszła bliżej. Walizki. Jej walizki. 

board1820678_1920

Aneta próbowała się dodzwonić do domu, bezskutecznie. Zaczęła krzyczeć. W domu została córeczka. Usłyszała jej płacz, lecz mąż, który musiał słyszeć rozpaczliwe wołania żony, nie zamierzał otworzyć drzwi. Sąsiedzi zaczęli się dziwnie przyglądać. Dziewczyna w panice zadzwoniła do swojego brata - Arka, który nie zwlekając za długo, zabrał ją do naszego domu. 

- Wklepię mu, tak obiję mu za to twarz, że zapomni jak się nazywa!! - wykrzykiwał w złości Arek. Chociaż wiedziałam, że chłopak nie jest zwolennikiem rozwiązań siłowych, przestraszyłam się, że serio wyjdzie z tej całej sytuacji bójka. Na nic zdały się moje próby załagodzenia sytuacji. Zostawił mi pod opieką roztrzęsioną Anetę i wyleciał z domu jak z procy.

Prawdopodobnie była to najdłuższa godzina w życiu Anety. Usiadła na kanapie, zalewając się łzami, co to będzie, mąż porwał jej dziecko. Brat pojechał się z nim bić i, jeśli coś mu w złości zrobi, to przecież trafi do więzienia. Przez tą godzinę usłyszałam tyle możliwych scenariuszy ze złą prognozą zdarzeń, że i ja zaczęłam powoli widzieć wszystko w ciemnych  barwach. 

Otworzyły się drzwi, ciemne barwy się rozjaśniły, usłyszałam śmiech dziecka. Wrócił Arek, miał już mniej zaciętą twarz, chociaż widać było, że dalej się martwi. 

- Postraszyłem go policją, to oddał dziecko. Powiedział, że się z tobą skontaktuje w sprawie podziału opieki - rzucił do Anety. - Na razie zostaniecie tutaj.

child1439468_1920

Tak więc niespodziewanie dorobiliśmy się jeszcze dwójki współlokatorów, którzy zamieszkali w salonie. Para Portugalczyków, zamieszkująca drugą sypialnię, mimo że współczuła Anecie z całego serca jej sytuacji, po jakimś czasie zaczęła narzekać na tłok we własnym mieszkaniu. Ja również miałam swoje powody do narzekania... Zostałam odsunięta od prac domowych, ciągle słyszałam od swojego chłopaka, że siostra robi coś dokładniej, lepiej... Szybko wyszedł bardzo dominujący, uparty charakter Arka. Miałam wrażenie, że krytykuje wszystko co robię, pozostawiając mnie w poczuciu dezakceptacji od własnego chłopaka.

Żal mi było Anety, starałam się, by dziewczyna stanęła na własne nogi, pomagałam w szukaniu pracy. Nie było lekko. Nauka angielskiego szła jej opornie, do tego trzeba było opiekować się dzieckiem, które również nie rozumiało sytuacji, w której się znalazło. Liczyłam na to, że dziewczyna pogodzi się z mężem. Bezskutecznie. Każda ich rozmowa, mająca na celu dojście do jakiejś ugody, kończyła się kłótnią, krzykami, robieniem sobie pod górkę. Smutne. 

Wieczorami, Arek sięgał po alkohol i pił go więcej i więcej. Gdy skończyły się piwa, sięgał po drinki, a na zwrócone uwagi miał wymówkę:

- Nie widzisz, co się teraz dzieje? Ile mam problemów? Muszę się napić, by zasnąć - odpowiadał. 

Byłam zmęczona problemami w domu, do pracy przychodziłam równie zmęczona. Nie tak miało przecież to wszystko wyglądać, nie tak wyobrażałam sobie nasze wspólne życie z Arkiem. Po pracy do domu wracałam niechętnie, ociągałam się. Raz, przy wyjściu z szatni, zauważył mnie jeden z opiekunów, zaczynał nocny dyżur. Zagaił rozmowę:
- Paula, coś marnie wyglądasz - powiedział. Zdziwiłam się. To stan duchowy jest aż tak widoczny na twarzy? 
- Powiem ci coś. Pamiętam, jak przyszłaś do domu opieki na rozmowę kwalifikacyjną. Byłaś pełna energii, aż promieniało. Gdzieś zgubiłaś pewność siebie. Widać, że coś złego się dzieje w twoim życiu. Zastanów się nad tym - opiekun poklepał mnie po ramieniu. 
- Dziękuję. Na pewno się zastanowię - odpowiedziałam. 

sad505857_1920
 

 

Dziadek

polskanightingale

Lato 2014

 

W moim rodzinnym domu w Starogardzie pachnie drożdżówką. Mama wie, że ją lubię i gdy przyjeżdżam, to zawsze ją piecze. Taki przyjazdowy rytuał. Jednak tym razem nie miałam apetytu.  Ubrane na czarno postaci, domownicy, kręcili się wokół mnie, pocieszaliśmy się wzajemnie, wymieniając między sobą puste frazesy, ale i tak nikomu to nie pomagało, każdy miał wypisany na twarzy smutek.

Przyjechałam do Polski tylko na 3 dni. Najpierw, poprosiłam Krishnę, swojego szefa o urlop. Ten zaśmiał mi się w twarz.

- Nie dostaniesz teraz urlopu. Nie ma pielęgniarek – powiedział. Co mnie to obchodzi - pomyślałam. To, że nikt nie chciał przyjść do tego domu opieki, to nie mój problem. Po dwóch tygodniach pracy w nim wydawało mi się zupełnie zrozumiałe, dlaczego mieli taki problem z rekrutacją.  Opiekunowie patrzyli na mnie i traktowali jakbym była co najmniej kosmitką z Marsa, przybyłą tu z niewiadomego powodu. Czy coś im się nie podobało w moim sposobie wysławiania się? Czy to, że nie przywykli jeszcze do nowej osoby, która wydaje im polecenia? Tym bardziej dziwnie było mi planować ich pracę i zadania, gdy widziałam, że akceptacja mojej osoby jako kierującej zespołem przychodziła im z trudem. Do tego nad tym wszystkim czuwał Hindus, który od czasu do czasu „przelatywał” po korytarzu jak ta zmora w horrorze, pokrzykując, pośpieszając pracowników i czepiając się byle czego. Nic dziwnego, że nie mieli pielęgniarek. O pielęgniarkę trudno, a pewnie większość się w trybie przyspieszonym zwalniała.

- Krishna. Zmarł mój dziadek. Daj mi wolne, choćby tylko parę dni na pogrzeb, proszę... – głos mi się załamał. Krishna spojrzał na mnie wnikliwie i w końcu się zgodził. Nie na urlop, a na poprzestawianie dyżurów w taki sposób, że mogłam pojechać.

cemetery974326_1920

Trzy dni. Miałam sama do siebie żal, że zbyt zaaferowana randkowaniem w sieci, przeprowadzką do innego miasta i nową pracą coś przeoczyłam. W rodzinnych stronach ostatnio byłam dość dawno, przez to nie zauważyłam, jak szybko postępuje choroba dziadka. Ostatni raz widziałam go jakieś 4 miesiące temu. Już było wiadomo, że ma raka, ale nikt wtedy nie myślał o tym, że umrze.

Dziadek umierał w bólu. Niestety, mam wrażenie, że w Polsce opieka paliatywna pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Jedynie hospicja, do których tak ciężko się dostać, mają wykwalifikowaną kadrę pielęgniarską, która pomaga bezboleśnie i bez lęku przejść nieuleczalnie chorym pacjentom na drugą stronę. Hospicjum jednak dalej jest bardzo źle kojarzone w społeczeństwie, często określane słowem „umieralnia”.

Na pewnym etapie zaawansowania choroby lekarz zaproponował mojej babci, by oddała dziadka do hospicjum. Babcia, która również pracowała jako pielęgniarka, mimo iż opieka nad obłożnie chorym była bardzo ciężka i przekraczająca jej siły, nie wyobrażała sobie oddać męża do tej placówki.

- Przecież 60 lat temu przyrzekałam przed Bogiem, że go nie opuszczę aż do śmierci – odpowiedziała lekarzowi.

Gdy nadszedł czas pogrzebu, bardzo piekły mnie oczy od płaczu. Czułam się źle. Jestem pielęgniarką, osobą, która pomaga chorym, a nie mogłam pomóc bliskiej osobie. Za granicą opiekowałam się angielskimi staruszkami, którzy prawdopodobnie w jakiś sposób również odczuwali samotność, ale wiedziałam, że na co dzień są otoczeni dobrą opieką, a odchodzą z tego świata nie odczuwając bólu i lęku. To była moja rola, by o to zadbać.

A nie mogłam zadbać, by mój własny dziadek umierał w takich warunkach, bezboleśnie i bez lęku.

Dlatego tak rzewnie płynęły mi łzy. Bo byłam daleko, obwiniałam siebie za zbyt rzadkie przyjazdy do Polski i obwiniałam sytuację na rynku pracy, która zmuszała pielęgniarki do wyjazdów za godnym życiem. Tylko że czasem w tej pogodni za lepszym życiem zapominamy, co jest najważniejsze...

- Dobrze, że jesteś – starsza siostra objęła mnie ramieniem. Kochana, chciała pomóc, ale wywołało to we mnie jeszcze większy kryzys. Zaczęłam szlochać tak, że nie mogłam złapać oddechu. Popatrzyła na mnie, również czerwonymi od łez oczyma.

sisters1328070_1920

- To, że tu jesteś, jest symbolem. Jesteś daleko, a jednak gdy coś się dzieje, to możesz zawsze przyjechać i być tu z nami. Anglia nie jest aż tak daleko – powiedziała siostra i mnie przytuliła. I choć wiedziałam, że to nie jest do końca prawda, bo dzielą nas tysiące kilometrów, to zrobiło mi się trochę lżej na duszy.

Zawsze powtarzałam rodzinom podopiecznych, którzy odchodzili, że czas leczy rany. Wiedziałam, że moje też zaleczy. Dziadek już nie odczuwa bólu z powodu choroby, nie cierpi, o tym powinnam myśleć. A śmierć to dopiero początek, przejście na „drugi brzeg”. Mam nadzieję, że gdzieś tam, w innym świecie dziadek czyta swoje wiersze i śpiewa ulubione pieśni. Śmierć nie jest końcem. Dziadek na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

sunrise1688094_1920

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci