Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Perypetie pielęgniarki w Anglii

Tygiel narodów

polskanightingale

Wiosna 2016

 

Praca na intensywnej terapii była wyzwaniem. Każdego dnia uczyłam się czegoś nowego. Co dyżur dochodziły do obsługi nowe maszyny. Gdy porównywałam intensywną terapię do oddziału neurochirurgii, dostrzegałam wiele różnic. Największą z nich i najbardziej rzucającą się w oczy była praca zespołowa. Na neurochirurgii po prostu jej nie było. Zbyt wielki pośpiech, pielęgniarki nie miały czasu, by sobie wzajemnie pomagać, bo pacjenci byli tak absorbujący, że nie wystarczało czasu, by się czegoś napić czy zjeść, a co dopiero pomóc koleżance.

Intensywna terapia była inna. Każda pielęgniarka miała przypisanego pod swoją opiekę jednego pacjenta. Zajmowała się każdym aspektem opieki – od higieny pacjenta, przez obserwacje, podawanie leków, rozmowy z rodziną podopiecznego i udzielanie im wsparcia, po obsługę skomplikowanych maszyn. I mimo że każda pielęgniarka miała swojego pacjenta, sama niewiele mogła zdziałać. Bo gdy trzeba było zmienić pacjentowi pozycję, potrzebowała drugiej osoby do pomocy, i trzeciej, by ta trzymała rurkę intubacyjną, żeby się nie wysunęła. Nikt się nie dopytuje, nie prosi o pomoc, po prostu dziewczyny przychodzą i same pytają. Wszystko przychodzi bardzo naturalnie i jest to jedna wielka praca zespołowa.

Pacjenci czasem się śmieją, że jak przychodzą do szpitala NHS, to zespół pochodzący z całego świata opiekuje się Anglikami. Trochę jest w tym prawdy. Zespół pielęgniarek intensywnej terapii w moim szpitalu składał się głównie z Hindusek, Filipinek, Afrykanek, Hiszpanek, Portugalek. Jedna Polka, czyli ja. Dwie Angielki nadzorujące pracę reszty. Na tym oddziale pracowało 90 procent emigrantów. Zresztą, Londyn jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie miastem w Anglii. Według źródeł z 2011 roku, białych Brytyjczyków w Londynie jest 45 procent. A w dzielnicy, gdzie znajdował się szpital, w którym pracowałam – w Newham – odsetek Białych Brytyjczyków wynosił jakieś 17 procent.

london1018629_1920

Newham było bardzo osobliwym miejscem. Tyglem narodów. Wchodząc do autobusu (jak już się udało do niego dostać), można było usłyszeć każdy język świata, tylko nie angielski. Najczęściej słychać było jednak języki arabskie.

- Pani... Pani... – jęczał jeden z pacjentów, patrząc na mnie błagalnym wzrokiem. Starszy Hindus nie rozumiał ani słowa po angielsku. Wzruszyłam ramionami bezradnie, nie rozumiem, czego chce. Rozejrzałam się, czy wśród pielęgniarek jest jakaś Hinduska. Po chwili podchodzi do mnie koleżanka po fachu, Sumii.

- Baba! Tikke tikke – po krótkiej konwersacji z moim pacjentem, już wiem od Sumii, że muszę nauczyć się kilku podstawowych słów w Hindi, by sobie jakoś pomóc w komunikacji ze swoimi pacjentami.

Od ludzi, których spotykamy na drodze emigracji, można się wiele nauczyć. Chociaż totalnie nie przekonuje mnie kultura arabska, patrzyłam trochę z podziwem na nich, jacy oni są rodzinni. Jak żony opiekują się schorowanymi mężami, jak dzieci odwiedzają swoich rodziców, dbają o nich, wmasowują kremy w stopy, bez skrępowania przy obcych ludziach odmawiają przy chorym modlitwy. Patrzyłam na tę rodzinność z zadumą, do czasu, aż któryś nie zapytał: - Potrzebuję zwolnienie lekarskie z pracy. Przecież nie mogę pracować. Mój ojciec jest w szpitalu. Ja potrzebuję i moje dwanaściorga rodzeństwa.

To był  syn mojego pacjenta. Spojrzałam z niedowierzaniem. 13 osób? Lekarz, słysząc to,  zaśmiał się nerwowo. Po długim targowaniu się rodziny stanęło na zwolnieniu dla jednego z rodzeństwa. Cała familia wyszła niezadowolona, obrażona, z nosami na kwintę. Starałam się zrozumieć, dlaczego niektórzy mają tak roszczeniową postawę. Nie potrafiłam. Wydawało mi się, że personel pielęgniarski i lekarski mógłby stawać na głowie, a i tak ci ludzie nigdy nie będą w pełni szczęśliwi, zawsze im czegoś będzie za mało.

- Już pracuję tu dwa miesiące, a nie spotkałam żadnego pacjenta Polaka... – zastanowiłam się raz na głos przy mojej hinduskiej koleżance po fachu, Sumii. Sumii uśmiechnęła się zawadiacko.

- Polaków bywało dużo i pewnie jeszcze niejednego spotkasz. A wszyscy polscy pacjenci tutaj to alkoholicy – zaśmiała się i puściła do mnie oczko. Nie było mi do śmiechu.

 london143030_1920

 

 

Polak Polakowi Polakiem

polskanightingale

Wiosna 2016

Kuchnia to serce domu. W domu, w którym mieszka 11 obcych sobie osób, jest to miejsce spotkań, krótkich rozmów, wymiany poglądów. Dom, w którym zamieszkaliśmy rzeczywiście był multikulturowy. Na parterze mieszkały dwie Francuzki, panienki  z zadartym nosem. Nie chciały za bardzo wchodzić w rozmowę, jak papużki nierozłączki zawsze odgrzewały szybciutko swoje gotowe do zjedzenia już, kupione w markecie posiłki i uciekały do swojego pokoju. Osobom, które krzątały się po kuchni i o co zapytały, odpowiadały zdawkowo, najczęściej rzucając angielską frazę grzecznościową „jak się masz?” i uciekały wzrokiem, bo to, jak się miał rozmówca, interesowało je jak zeszłoroczny śnieg.

Obok Francuzek mieszkała Australijka. Z uroczym uśmiechem i pozytywnym nastawieniem do świata. Szybko znalazłyśmy wspólny język, zwłaszcza, że dziewczyna pracowała jako ratowniczka medyczna w moim szpitalu. Miała tak pozytywne usposobienie, że nikt nie miał serca wytknąć jej, że jest straszną bałaganiarą. W tak dużym domu i przy takiej  liczbie mieszkańców każdy z nas miał ustalony swój tydzień sprzątania. Australijka jednakże była ponadto. Tak przyziemna rzecz, jak sprzątanie, nie leżała w jej pozytywnej naturze. Nie zdziwiło mnie szczególnie, gdy raz przyłapałam Czecha mieszkającego na piętrze, jak w kuchni zmywał naczynia Australijki, podczas gdy ona w tym czasie czarowała uśmiechem i zabawiała go rozmową, siedząc wygodnie oparta o blat kuchenny. Ot,  ma się ten czar i wdzięk.

frogs1382827_1920

Kolejny lokator nie miał wdzięku za grosz. Można go było spotkać wieczorami, gdy przygotowywał sobie kanapki na kolejny dzień. Siadał przy stole z trzema podłużnymi bułkami i skrzętnie smarował je masłem.

- Ja jem tylko te kanapki. Nie gotuję, nie kupuję gotowych dań. Mam wszystko skrzętnie podliczone. Żyjąc na kanapkach wydaję jedynie 30 funtów tygodniowo na jedzenie – tłumaczył  rumuński lokator.  – Po co mi kobieta? - zapytał retorycznie, rzucając okiem na mnie i na Mietka, krzątających się po kuchni. – Kobiety tylko wydają masę pieniędzy. Chcą kwiaty, prezenty. Ja jestem ambitny, nie potrzebuję wydawać pieniędzy na innych ludzi, na jakąś kobietę. Wolę wydawać na siebie.

- Weź te okruszki, sprzątnij po sobie! – rzuciła do Rumuna Mołdawianka mieszkająca z chłopakiem na piętrze. – Rozrzucasz je wszędzie i potem mamy jeszcze więcej myszy!

- Lepiej zainteresuj się sobą – odgryzł się Rumun, a my z Mietkiem zwinęliśmy się do swojego pokoiku, by nie być świadkami kolejnej żenującej kłótni.

Na samej górze domu mieszkała druga para Polaków. Tatuażystów, artystów. Z początku patrzyłam na nich z pewną dozą podejrzliwości. Podczas mojego czteroletniego pobytu w Anglii nauczyłam się podchodzić z rezerwą do nowo poznanych ludzi, zwłaszcza rodaków. Dlaczego tak jest?

Nie wiem, co jest powodem, że słyszy się historie: Polak dla Polaka wilkiem, Polak Polakowi Polakiem, że trzeba na Polaków za granicą uważać. Słyszałam o historiach, że sobie wzajemnie nie pomagamy, że nie chcemy, by się rodakowi powiodło. Że jeden drugiemu zazdrości, że jeden drugiego wycycka. Mietek, świeżynka w emigracyjnym świecie, był bardzo zdziwiony moimi podejrzeniami, moją rezerwą. Szybko wszedł w konwersację z naszymi rodzimymi współlokatorami. Rozmowy przy robieniu posiłków stały się częstsze i częstsze, aż w końcu zaczęliśmy się regularnie umawiać na wspólne kolacje czy wyjścia do parku.

- Wiecie, ja to tak z rezerwą na początku do was podchodziłam. Wiecie, jacy Polacy potrafią być zagranicą... – wyznałam.

- A myśmy mieli dokładnie to samo! Jak nam wynajmujący powiedział, że się para Polaków wprowadza, to oboje popatrzyliśmy po sobie i stwierdziliśmy: „O Jezu...” – zaśmiała się dziewczyna, a zawtórowali jej wszyscy siedzący przy stole.

dinner601576_19201

 

Dwa palce

polskanightingale

 Wiosna 2016

 

Przez szybę oddzielającą korytarz od izolatki spoglądałam z uczuciem obawy na pacjenta, z którym miałam przesiedzieć cały dzień. Moje obawy wzmagał fakt, że mężczyzna ten patrzył na mnie z wyraźną nienawiścią i pokazywał mi na przemian środkowy palec z dwoma. Co znaczą dwa palce w geście odwróconej wiktorii? To samo, co jeden, środkowy, tylko ten jest bardziej „międzynarodowy”. Ciekawostką jest, że obraźliwe znaczenie owych dwóch palców jest typowo brytyjskie. Wzięło się to podobno z historycznych czasów, gdy Francuzi obcinali angielskim łucznikom palce do napinania cięciwy. Brytyjczycy więc, w tym geście drwili z przeciwnika pokazując, że wciaż je mają.

Tak patrzyłam na tego człowieka, który pokazywał mi te obelżywe gesty nawet mnie nie znając i zastanawiałam się, czy jeszcze lubię tę pracę. Podejmując się jej, byłam pełna checi niesienia pomocy ludziom chorym, potrzebującym, pełna pozytywnych myśli. Pacjenci jednak są tak bardzo różni. Oprócz tych miło nastawionych, są i tacy, którzy będą traktować pielęgniarkę jak służącą czy jak najgorszego wroga. 

- Paula! Widzę, że tobie wlulili tego gagatka! – rubasznie zaśmiała się na mój widok pielęgniarka Zara, która gagatkiem się zajmowała przez minioną noc – no patrz, popratrz tylko, co on wyprawia! – krzyknęła zezłoszczona. Gagatek właśnie próbował zębami usunąć sobie rękawice nałożone przed chwilą przez Zarę. Jakby nie miał ich założonych, dalej pokazywałby nam obelżywe gesty, a po chwili zacząłby kombinować jak wyciągnąć sobie rurkę tracheostomijną dzięki której oddychał. To nie było w niczyim interesie.

Zara była zmęczona. Całą noc walczyła z tym pacjentem. Był pobudzony, z syndromem odstawiennym. Przyjęty na oddział intensywnej terapii po przedawkowaniu narkotyków. Został zgarnięty z ulicy, bo właściwie i tak na niej mieszkał. Wychudzony, wytatuowany, z poszarzałą twarzą, która oddawała jego historię życiową. W szpitalu już był nie raz, jeszcze nie widziałam tak dużego folderu z historią choroby. Każda hospitalizacja kończyła się tym samym – pacjent zwiewał ze szpitala, bądź sam decydował o wypisie, gdy tylko oceniono, że jest poczytalny. Tym razem było poważniej, niewydolność wielonarządowa po przedawkowaniu znacznie osłabiła jego już i tak słaby przez długotrwałe przyjmowanie narkotyków organizm. Przez wiele dni oddychał za niego respirator, do czasu aż lekarze zdecydowali, że trzeba go od niego powoli odzwyczajać. Teraz dochodził do siebie i widać było, że ten człowiek po prostu nie chce być w szpitalu.  Że pierwsze co zrobi, jak się tylko uwolni od medycznego personelu, to wróci na ulicę i znowu da sobie w żyłę.

homeless1204653_1920

- U nas w Kenii, to nie przyjmujemy do szpitala takich pacjentów. To ich wybór, chcą się zaćpać, to proszę bardzo, ale rząd nie będzie płacił za ich opiekę – podzieliła się ze mną refleksją Zara. Spojrzałam na nią z zaciekawieniem, bo zawsze mnie interesowały inne systemy ochrony zdrowotnej, jak one funkcjonują w innych krajach. Wydaje mi się, że jeszcze nie opracowano takiego, który byłby naprawdę dobry. Publiczny system tonie w długach, na prywatną opiekę mało kogo stać.

„Nieść pomoc każdemu człowiekowi bez względu na rasę, wyznanie religijne, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne różnice” – te słowa przysięgi pielęgniarskiej brzmiały mi w głowie, gdy myślałam o systemie opieki zdrowotnej w Kenii. Te słowa idealnie wpasowywały się w dzisiejszą sytuację, gdy mam wątpliwości, czy opieka nad przypisanym mi pacjentem ma w ogóle sens, bo ten człowiek nas, personelu medycznego nienawidzi. Starałam się myśleć o tych słowach, więc uśmiechnęłam się do pacjenta i powiedziałam:

- Mam na imię Paula. Będę się dzisiaj tobą opiekować.

Starałam się myśleć o słowach przysięgi pielęgniarskiej, gdy pacjent na dźwięk moich słów zamachnął się ręką w moją stronę. Na szczęście na dłonie miał nałożone miękkie rękawice zabezpieczające, przypominające kształtem bokserskie, tyle że wypchane gąbką, więc cios nie był zbyt bolesny. Zara, która już wychodząc z izolatki, w progu widziała jeszcze tę sytuację rzuciła na odchodne: „Nie podchodź do niego zbyt blisko, musisz przwidzieć ryzyko, że cię kopnie bądź uderzy”. Nadal starałam się myśleć o słowach przysięgi. O słowach przysięgi starałam się myśleć też wracając po dyżurze do domu, po dniu walki z pacjentem. Walki – nie potrafię tego ująć w inne słowo, calutki dzień walczyłam, by nie zrobił mi i sam sobie krzywdy.

gesture422566_1920_1

Po powrocie do domu ciągle myślałam. Mietek widział zmartwienie na mojej twarzy.

- Chyba nie nadaję się na pielęgniarkę. Czasem, po takich dniach jak dzisiaj, tracę cierpliwość i wiarę w ludzi... – wyznałam trochę zażenowana chwilą słabości. Przecież pielęgniarka powinna być silna. Ona ma być przecież oparciem dla swoich pacjentów. Tymczasem to ja sama potrzebowałam teraz oparcia. Po policzku spłynęła mi łza, oddająca cały stres tego dnia, całą moją walkę z wiatrakami, bo i tak zaraz ten pacjent, gdy tylko nabierze wiecej sił ucieknie i wróci na ulicę po kolejną dawkę narkotyków. Mietek widząc, że miałam ciężki dzień po prostu mnie przytulił.

- Dobrze, że jesteś... – wyszeptałam. 

 

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci