Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Perypetie pielęgniarki w Anglii

Intensywna Terapia

polskanightingale

Jesień 2015

 

- Przyjadę do ciebie – powiedział. Muzyka dla moich uszu. Coś tam jeszcze mówił, ale już nic nie słyszałam. Zarzuciłam mu ramiona na szyję i przytuliłam. Na tę decyzję czekałam, odkąd go poznałam. Przeczuwałam, że tak zdecyduje. Bo wyjazd jest przygodą, a on nie chciał stać w miejscu. Pod tym względem byliśmy podobni do siebie. Z czasem na emigracji się nauczyłam, że nie o ten „piniądz” tu chodzi, a o poznanie ludzi z całego świata, ich kultur, nauczenie się języka, w którym posługuje się ponad miliard ludzi. Co jeszcze daje wyjazd? Możliwość spojrzenia na swoje życie z pewnej perspektywy, docenienie tego, co ważne, rodziny, najbliższych. Mietek też chciał przeżyć swoją przygodę życia. A najpiękniejsze było to, że chciał ją przeżyć ze mną.

Mieliśmy wiele spraw do przedyskutowania. On jako programista najlepsze opcje zatrudnienia miał w Londynie. Londyn to miasto, które mnie przerażało swoim ogromem. Do tej pory do Londynu wybrałam się raz z koleżanką, ale wróciłam z uczuciem przytłoczenia i bólem głowy. Za dużo ludzi, w metrze cała mieszanka dziwnych zapachów, dymu papierosów, spalin samochodowych na ulicach. Natłok ludzi w otoczeniu wielkich budowli, miks języków słyszanych po drodze, istna wieża Babel. Masa turystów, podążająca za przewodnikami z parasolkami, i londyńczycy, mieszkańcy tego molochu. Londyńczycy, zamieszkujący to miasto, obywatele przybyli z całego świata, tak różni, ale mający jedną wspólną cechę – wszędzie się spieszyli. 

architecture875338_1920

Co mnie w Londynie przerażało, to ataki terrorystyczne. To był ten moment, gdy zaczęto mówić o podwyższonym ryzyku. Po ataku we Francji wszyscy przewidywali, że Anglia będzie kolejna. W Oxfordzie czułam się bezpiecznie. Miałam wrażenie, że mogę wyjść o pierwszej w nocy do miasta i nic by się nie stało. Czytając o Londynie w mediach miałam wrażenie, że co rusz coś się dzieje. Po atakach w centrum Paryża długo nie mogłam się otrząsnąć. Najwyraźniej nie tylko ja. W szpitalach zaczęto przygotowywać instrukcje dla personelu, co zrobić w razie ataku terrorystycznego.

- No jak to co? Jeżeli coś się dzieje na twoim oddziale, to trzeba wziąć ze sobą swojego ulubionego pacjenta i uciekać – zaśmiała się koleżanka. Mi nie było do śmiechu. Raczej nie jestem typem panikary. Tłumaczyłam sobie, że ataki mogą być wszędzie. Ale w podświadomości zdawałam sobie sprawę, że rzeczywiście Anglia, a w szczególności multikulturowy Londyn może być kolejnym celem terrorystów.

- W moim zawodzie w grę wchodzi tylko Londyn – odpowiadał Mietek na moje zawodzenie. Nie chciałam bardzo marudzić, w końcu też cieszyłam się, że się zdecydował do mnie dołączyć. Widziałam ekscytację w jego oczach, gdy przeglądał oferty pracy. W Londynie, w stolicy biznesu mógł rozwinąć skrzydła, nauczyć się wielu nowych technologii i podszkolić język. To miasto miało bardzo dużo do zaoferowania.

Nie byłam też osamotniona w swoich planach. Na przeprowadzkę zdecydowała się też moja koleżanka Roksana. Z Roksaną razem studiowałyśmy na tej samej uczelni. Kumplowałyśmy się,  a teraz okazało się, że - zupełnie nie znając swoich planów - pracowałyśmy w tym samym szpitalu w Oxfordzie, tylko na innych oddziałach. Podczas gdy ja zasuwałam na neurochirurgii z agresywnymi, nieprzewidywalnymi pacjentami, Roksana wychwalała pod niebiosa ortopedię. Na jej oddziale większość pacjentów była niezależna, wymagali jedynie niewielkiej pomocy ze strony pielęgniarki. Z zazdrością słuchałam opowieści koleżanki. Na szczęście nasz zawód daje dość szerokie możliwości, jeżeli chodzi o specjalizację, możemy zawsze przeskoczyć z jednego oddziału do innego. Roksana miała nosa do dobrych oddziałów. Pozostało mi tylko zdać się na jej szczęście i złożyć podanie tam, gdzie ona.

Rzeczywiście. Miała dziewczyna nosa. Nie skorzystała z żadnej oferty zaproponowanej przez firmy rekrutacyjne, tylko sama wyszukała prywatny szpital w Londynie, którego sława dosięgła aż do Emiratów Arabskich. Słynął też z najlepszych stawek dla pielęgniarek. Z radością przyjęłam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną.

- Na jedną pielęgniarkę mamy tu czterech pacjentów – Chwilę po zakończeniu pytań na rozmowie kwalifikacyjnej pielęgniarka oddziałowa już pokazywała mi, jak wyglądają sale pacjentów, jak wygląda zaplecze oddziału. Już wiedziałam, że będę przyjęta. Ale nie czułam mięty do tego miejsca. Oddział nie przypominał szpitala, tylko hotel czterogwiazdkowy. Wszystkie napisy, które rzuciły mi się w oczy, były w języku arabskim, a w pokoju dla pacjentów leżały gazety w tymże języku. Zdziwiło mnie to. Czy na pewno wciąż jestem w Anglii?

Dostałam pracę i zaakceptowałam ofertę. W przeciągu kilku minut od akceptacji przesłali mi mejlem dokumenty do wypełniania. Patrzyłam na to beznamiętnym wzrokiem, plik po pliku. Czy na pewno chcę tę pracę?

Otworzyłam nową zakładkę, zaczęłam szukać innych ofert. Na samej górze, dużymi literami zapraszał napis: Intensywna Terapia. Niepotrzebne wcześniejsze doświadczenie. Wyszkolimy kandydata.

escalator401538_1920

 

 

Hui

polskanightingale

Lato 2015

Moje życie w Oxfordzie to odliczanie. Odliczanie do urlopu w Polsce lub do przyjazdu kogoś bliskiego. Nie tylko ja tak miałam. Do Oxfordu przyjeżdżały kolejne polskie pielęgniarki w pogoni za lepszym życiem. I wszystkie, zakwaterowane w przyszpitalnym kampusie, czekały. Czekały, kombinowały, jakby wydłużyć urlop, jakby pozamieniać dyżury, zrobić pięć na raz, by potem mieć więcej wolnego i wrócić... do swojego kraju, do domu.

- Bo wiesz, Paula, ty masz przynajmniej jakąś perspektywę – mówiła Sabina, gdy spotykałyśmy się na kawę w jej albo w moim kampusowym pokoju. – Mietek do ciebie tutaj przyjedzie, razem będziecie mieli normalne życie.

- Nie wiadomo, czy przyjedzie. Czekam na jego decyzję, czy chce przyjechać do Anglii, czy ja mam wrócić do Polski – odpowiedziałam. Cieszyłam się, że spotkałam Sabinę. Miałam z kim porozmawiać, wyjść na miasto, na zakupy. Sabina również przyjechała do Anglii sama. Była singielką, ale nie z tego typu, co się zapierają rękoma i nogami przed facetami. Nie, Sabina chciała być szczęśliwa. Ładna, zadbana dziewczyna z zainteresowaniami i pasjami. Chodziła na randki, ale nie mogła znaleźć drugiej połówki. Nic na siłę. W końcu stwierdziła, że co ma być, to będzie i samo przyjdzie. Jej opowieści o przygodach miłosnych przypominały mi trochę moje własne historie.

Praca na oddziale neurochirurgii wykańczała Sabinę. Mimo że robiła,  co mogła, starała się stosować zdrową dietę i dużo ćwiczyła, cukrzyca dawała jej się we znaki. W tej pracy nigdy nie było wiadomo, czy będzie czas by zjeść normalny posiłek, już nie mówiąc o tym, że cukrzycy powinni jeść je regularnie. Pielęgniarka powinna mieć chyba końskie zdrowie.

diabetes528678_1920

Po dwunastogodzinnych dyżurach na tym ciężkim oddziale, my, dwie trzydziestolatki, czasem siadałyśmy na ławce przed kampusowym blokiem i narzekałyśmy jak stare babcie. Bo jej było słabo na dyżurze przez spadki cukru, a mi puchły nogi od kilometrów przechodzonych po szpitalnych korytarzach. Nie było to miłe uczucie. Po dwunastu godzinach dyżuru, pracy non-stop, bo ciągle coś się działo, byłyśmy wypompowane z energii. Dlatego czekałyśmy na wolne, by się zresetować.

Odkreślałam przepracowane dyżury do przyjazdu Mietka. Tym razem on miał przyjechać do mnie do Oxfordu na weekend. Pozna moich nowych znajomych, pójdziemy coś zjeść, potańczyć. Tylko jeszcze muszę przebrnąć przez trzy nocki z rzędu.

Po pierwszym nocnym dyżurze obudziło mnie przeraźliwe wycie. Alarm przeciwpożarowy w bloku zdarzał się bardzo często. Ktoś pewnie źle nastawił toster. Półprzytomna naciągnęłam poduszkę i kołdrę na głowę, by móc kontynuować odpoczynek. Nic to nie dało. Dźwięk przenikał przez pierzynę i wwiercał mi się prosto w mózg. Po chwili pomyślałam, że wypadałoby sprawdzić jednak, co się właściwie dzieje. Włożyłam kapcie, narzuciłam kołdrę na ramiona i poszłam do miejsca, w którym mieszkańcy mieli się spotkać w razie alarmu. Na miejscu zbiórki nie było nikogo, ale za to w mieszkaniu po drodze spotkałam kilku współlokatorów nierobiących sobie nic z alarmu. Kiedyś wszyscy spłoniemy, gdy okaże się, że jeden z tych alarmów nie był fałszywy.

Również po kolejnym nocnym dyżurze nie miałam dobrego odpoczynku. Śniło mi się, że sobie spacerowałam po Borach Tucholskich w poszukiwaniu prawdziwków i nagle wdepnęłam w psie odchody. Ale co tu robią psie odchody, w lesie? No i dlaczego tak śmierdzi? Otworzyłam oczy. Obudził mnie okropny smród. Dochodził z korytarza. W pośpiechu otworzyłam okno. Czas na zlokalizowanie źródła smrodu. W piżamie, półprzytomna wyszłam z pokoju. Zapach stawał się coraz bardziej intensywny, ktoś gotował coś paskudnego w kuchni. Osoba, która przyrządzała coś o zapachu psich odchodów, zorientowawszy się, że ktoś nadchodzi, przestała na chwilę tłuc garnkami. Zza drzwi kuchennych wyłoniła się głowa mojej współlokatorki z Filipin. Miała szczerze zatroskaną minę.

- Przepraszam, ja wiem, że to śmierdzi. To jest nasz filipiński przysmak. Gotuję go tylko, gdy nikogo nie ma w domu. Byłaś tak cicho, że myślałam, że jest pusto – powiedziała. Już nie poszłam spać tego dnia, mimo iż nie mam bardzo wrażliwego węchu. Nie dało się w tym smrodzie zasnąć.

Po trzecim nocnym dyżurze byłam wykończona. Miałam nadzieję, że już nikt mi nie zakłóci odpoczynku. Nadzieja matką głupich. Od godziny 9 wprowadzała się nowa osoba do mieszkania obok. Orkiestra dźwięków, tłuczone talerze, otwieranie kartonów. Włożyłam korki do uszu. Zapadłam w błogi sen. Po jakimś czasie przez korki dotarł do mnie dziewczęcy krzyk:

- Huuuuuj! Huuuuuuuuuuj!

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Wyciągnęłam tłumiki z uszu, ale dalej słyszałam to samo, tylko intensywniej. Zaintrygowana, ubrałam się szybko i wyszłam z pokoju zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że to nowa współlokatorka, Sara z Portugalii, miała wystawioną głowę przez okno i wołała swojego chłopaka na obiad. Chłopak również dostał zakwaterowanie w kampusie, tyle że piętro niżej. W kuchni była już Azra z Bułgarii, zanosząca się śmiechem.

- Ale masz imię. Wiesz, co to znaczy w jej języku? – Azra pokazała na mnie palcem. Portugalczyk, o wdzięcznym imieniu Hui nie wiedział. To mu wyjaśniłam. Od tego czasu skończyły się wykrzykiwania przez okno.

Kolejne trzy dyżury odkreślone z kalendarza. Czas na trochę wolnego. Czas na wizytę Mietka. 

building2570650_1920

 

Neuroszurnięci

polskanightingale

Lato 2015

 

 - Paula, leć po diazepam! – krzyknęła w panice Lisa, moja koleżanka po fachu. Pacjent, który wczoraj miał zabieg usunięcia krwiaka w mózgu, stracił przytomność. Od kilku minut jego ciało tańczyło się w nieopanowanych konwulsjach, na przemian prężąc się i trzęsąc jednocześnie. Jedna z koleżanek już stała z przerażeniem w oczach, ale i skupieniem i z zegarkiem w ręku. Liczyła czas napadu padaczkowego, jednocześnie kontrolując, czy pacjent jest bezpieczny. Co znaczy bezpieczny w takim momencie? Czy nadal oddycha. Po chwili koło pacjenta stało dużo więcej pielęgniarek. Jeden z lekarzy przejął dowodzenie akcją.

- Szybko! Co tak wolno! Tlen! Wózek reanimacyjny!! – lekarz nerwowo oddelegowywał polecenia osobom stojącym w pobliżu. Po podaniu leków nadal nie było poprawy. Napad drgawkowy przedłużał się, tworząc sytuację coraz bardziej napiętą. Wokół łóżka pacjenta zbierało się coraz więcej osób, robiło się coraz więcej hałasu. Pacjenci z sąsiednich łóżek spoglądali po sobie  zdezorientowani. Patrząc na ich twarze miałam wrażenie, że wiem o czym myślą. Każdy z nich przyszedł tu na zabieg neurochirurgiczny i każdego z nich mogło spotkać to, co właśnie się działo. Cała akcja rozgrywała się na sali ogólnej, wieloosobowej, na szczęście między łóżkami są kurtyny, które zapewniają namiastkę prywatności. Szybko zaaciągnęliśmy zasłonę, by nie siać jeszcze większego przerażenia. 

- Co się tutaj dzieje? – do naszej ekipy dotarła grupa ratowników z anestezjologiem, który przejął dowodzenie nad akcją od naszego spanikowanego lekarza. Anestezjolog i ratownicy, dla których praca przy reanimacjach i stanach zagrożenia życia jest codziennością, opanowali nerwową atmosferę i dzięki nim zrobiło się trochę spokojniej. Ale tak naprawdę, mimo że nasilenie drgawek się zmniejszyło, pacjent ciągle miał skurcze lewej nogi i ręki, podczas gdy druga strona leżała nieruchomo. Oddychał, ale nie odzyskiwał przytomności.

Podczas, gdy Lisa zmagała się z sytuacją kryzysową, reszcie pacjentów trzeba było podać ich leki. Nie tylko swoim pacjentom, ale również przydzielonym Lisie, bo po takim ataku drgawkowym pacjenta jeszcze będzie musiała go długo obserwować i pojechać z nim na badania.

- Już pół godziny czekam na basen! – krzyknęła z wyrzutem jedna z pacjentek, kolejna spojrzała na mnie ze złością. Była po zabiegu. No tak, czekała na leki przeciwbólowe, które również nie zostały podane na czas przez sytuację kryzysową. Wszystko byłoby dobrze, gdyby dzisiaj stawił się do pracy opiekun medyczny. Ale się nie stawił, zachorował. Ehh, zresztą nawet jeśli by się stawiał, to chowałby się przed pracą po kątach.

 angry2191104_1920

Po uporaniu się z salą pań weszłam do izolatki. Pacjent został przyjęty do osobnej sali nie z powodu infekcji, ale dlatego, że po urazie głowy był bardzo zmieszany i agresywny. Z tego powodu, że zdarzyło mu się zamachnąć ręką na personel, pieczę nad nim sprawował specjalnie wynajęty dla niego pielęgniarz od zdrowia psychicznego. Taki gość zajmuje się bardziej psychologią, psychoterapią. Pięknie jest, jeśli pacjent współpracuje, chce rozmawiać. Jeśli nie chce i się robi agresywny, to i tak zazwyczaj wszyscy uciekają w popłochu, by zadzwonić po firmę ochroniarską. Tym razem pacjent był spokojny, a pilnujący go pielęgniarz siedział w kącie zasłonięty drugim krzesłem i grał w grę na telefonie. Podeszłam do pacjenta z tabletkami. Pacjent spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko. Do licha, co on miał w ustach? Nagle z uśmiechem wypluł wenflon, który sobie wyrwał, a chwilę wcześniej z radością przeżuwał razem z plastrem. Na szczęście, to nie jest mój problem, żeby założyć kolejny, bo w Anglii wkłucia zakłada lekarz. Kolejne spojrzenie na pościel. Wszystko zakrwawione. A pilnujący go pielęgniarz siedział w kącie i grał. Nic nie widział.

Od rana do popołudnia nie miałam przerwy, nie miałam nawet chwili, by napić się wody. Brakowało personelu, a po prostu na tym oddziale ciągle coś się działo, ciągle ktoś dzwonił, ciągle ktoś miał wyrzuty, że się przyszło do niego za późno. Gdy już rozdałam wszystkie leki, miałam ochotę uciec. Zmęczona postanowiłam, że muszę wyjść choć na krótką przerwę, bo zaraz im tu padnę i sama będę leżeć w szpitalu. Spełniając potrzeby pacjentów, zapominamy o swoich własnych.

Pod koniec dnia wracałyśmy z Lisą w milczeniu do szpitalnego kampusa. Lisa przyjechała z Filipin, wszystkie pieniądze, które zarabiała odkładała na dom w Manili. Kiedyś chciałaby wrócić do swojego kraju. Ale najpierw planowała uzyskać angielskie obywatelstwo. O swoich planach mówiła beznamiętnie, była bardzo zmęczona. Napięcie z dnia spływało z niej powoli. Na przerwę to chyba wcale się nie wybrała, jedyne co zjadła w ciągu dwunastogodzinnego dyżuru to batonik w trakcie pisania dokumentacji.

- Lubisz tę pracę? – zapytałam. Sama, zadając sobie to pytanie, nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Przecież pomagałyśmy ludziom, nie oczekując w zamian wdzięczności. A jednak brakowało mi słowa „dziękuję”. Wielu pacjentów było agresywnych, niepoczytalnych, nieprzewidywalnych. Często w zamian za pomoc i opiekę dostawałyśmy oskarżenia, wyzwiska i obelżywe gesty.

- Nie wyobrażam sobie robić nic innego niż pielęgniarstwo – odpowiedziała po cichu Lisa.

- Rozumiem, ale ten oddział? Jest bardzo ciężko. Ja do teraz się zastanawiam, dlaczego go wybrałam – zaśmiałam się. Wiedziałam dlaczego. Chciałam spróbować. Słyszałam kiedyś, że neurochirurgia jest najtrudniejszą dziedziną medycyny. W końcu niezbadana jest tajemnica ludzkiego mózgu.

- Wiesz Paula, wydaje mi się, że my jesteśmy neuroszurnięte – cicho zaśmiała się Lisa.

people164542_1280

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci