Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Niewolnicy systemu

polskanightingale

Wiosna 2015

 

Oxford przyciągał młode pielęgniarki i pielęgniarzy do wielkiego, słynnego szpitala. Do tego miasto miało swój niepowtarzalny, uniwersytecki klimat. Budowle z żółtej cegły i starodawne dziedzińce kusiły ciekawskich turystów, ale często nie było możliwości wejścia do środka. Studenci za prywatność na uczelni płacili grube pieniądze, czesne wynosiło około 9 tysięcy funtów. To niebotyczna kwota, większości studentów nie stać na opłacenie nauki. Wielu zaciąga kredyt, który po ukończeniu uczelni ciągnie się za biednym żakiem długimi latami.

Moje wielkie postanowienie wyprowadzenia się z pokoju w kampusie spaliło na panewce. Ceny wynajęcia mieszkania porażały. Sama nic nie mogłam zdziałać. Potrzebowałam współlokatorki, ale każdego przerażał wysoki koszt depozytu (półtorakrotność czynszu). Na depozycie się nie kończyło, czynsz również trzeba było zapłacić z góry. Ceny małego pokoju do wynajęcia w tak zwanym „shared house”, czyli domu podzielonym na pokoje do wynajmu, zaczynały się od 500 funtów.

Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: praca dla życia czy życie dla pracy? Od trzech lat pracowałam, by polepszyć sobie komfort. W rezultacie wylądowałam w klitce w Oxfordzie z przeciekającym sufitem. Tak minęły trzy miesiące. Przyszło kilku specjalistów, którzy jedynie drapali się w głowę i umawiali się na inny termin naprawy, bo akurat nie mieli ze sobą odpowiedniego sprzętu. Nic nie robili i odchodzili. Już przestało mnie to nawet interesować. Marazm.

Do Oxfordu na różne oddziały przyjeżdżało więcej i więcej polskich pielęgniarek i pielęgniarzy.  Na blok operacyjny, kardiologię, intensywną terapię. Co chwilę też ktoś odchodził. Myślę, że średnia długość zatrudnienia pielęgniarki na oddziale wynosiła około rok. Co i rusz chodziłam na imprezy pożegnalne koleżanek z pracy. Przeprowadzały się do mniejszych, dużo tańszych miast.

Pielęgniarki i pielęgniarze, niewolnicy systemu. Od moich koleżanek po fachu z Włoch, Hiszpanii i  Portugalii dowiedziałam się, że na przestrzeni kilku lat w tym zawodzie nastąpił kryzys. Ich wypłata wzrosła, u siebie mogą zarobić normalne pieniądze około 1400-1500 euro. Pozwala to na godne życie. Ale na każdą pielęgniarkę przypada 30 pacjentów. I mimo takiego przeciążenia pracą  na jedno stanowisko w szpitalu jest kilka kandydatów.

Koleżanki, które zostały w Polsce, mówią o zmianach. Że są wprowadzane dodatki do wypłaty, że coś zaczyna się zmieniać na lepsze w naszym zawodzie. Tysiąc razy zastanawiałam się, czy warto już wracać do Polski. Wtedy przypominałam sobie swój pasek z wypłaty - 1600 złotych z wypracowanymi nocami i weekendami. Koleżanka pracująca w pachnącym butiku miała dokładnie tyle samo.

Dużo osób zapytałoby, jak ci się nie podoba, to dlaczego nie zmienisz pracy? Lubię swoją pracę. Lubię pracować z ludźmi. Lubię im pomagać. I nigdy nie wykluczałam, że nie zmienię zawodu, jeżeli warunki pracy będą niezadowalające. Ale chciałam wykorzystać wszystkie opcje, by pracować w wyuczonym zawodzie, robić to co lubię i godnie żyć. Dlatego wyjechałam do Anglii.

Niespodzianka. Dobre zarobki nie oznaczają dobrego życia. Emigracja nie oznacza góry pieniędzy, tylko naukę i rozwój. Pieniądze w Anglii nie rosną na drzewie, trzeba na nie ciężko zapracować.

airport1822133_1920

 

***

- Jesteś Polką, prawda? – zapytała mnie jedna z lekarek z sąsiedniego bloku. – Mamy pacjenta z Polski, dzisiaj wychodzi do domu. Ma ciężką diagnozę. Już praktycznie wszystko wie, tylko potrzebujemy się dowiedzieć o nim jeszcze kilku szczegółów. Zamawianie tłumacza zajmie bardzo dużo czasu, niewykluczone, że wcale nie przyjdzie. Pomożesz nam w tłumaczeniu?

- Hmm... No pewnie. Który to pacjent? – Zaprowadzono mnie do mężczyzny w średnim wieku. Wyglądał na bardzo zagubionego.

- Dzień dobry. – Gdy usłyszał polskie powitanie, jego twarz się rozjaśniła. – Jestem Paula. Chciałabym pomóc panu w tłumaczeniu rozmowy z lekarzem. Słyszałam, że idzie pan dzisiaj do domu.

- Ale ja nic nie wiem... Nawet nie wiem dokładnie, co mi jest. Nic mi nie powiedzieli, nic... nie rozumiem... – wyjąkał zmieszany. Patrzył z ukosa na lekarkę, która wzruszyła ramionami. Z tonu głosu pacjenta słychać było żal, kobieta z pewnością to wyczuła.

- Da mi pan chwilkę? Przygotuję się, by jak najlepiej przedstawić panu informacje.

Odwróciłam się, by porozmawiać w zaciszu z lekarką. Jak to? Przecież już wszystko miał wiedzieć. Miałam go przygotować do wypisu, jedynie kilka szczegółów!

- Pacjent ma glejaka wielopostaciowego. Stan zaawansowany. Nieoperacyjny – gdy lekarka to mówiła, otworzyłam usta w kompletnym szoku. – Ma bardzo złe rokowania. Musimy się dowiedzieć, czy ma się nim kto zaopiekować – kontynuowała, patrząc na mnie przenikliwie. Zastanawiała się pewnie, czy się nie wycofam. Szczerze? Przeszło mi to przez myśl. Miałam właśnie przetłumaczyć rodakowi, że zostało mu kilka miesięcy życia.

Lekarka dała mi chwilę na przygotowanie. Wydrukowałam pacjentowi informacje o jego chorobie. Wiedziałam, że ten człowiek na mnie liczy, że w końcu ode mnie się dowie czegoś na temat swojego stanu. Z pewnością wyłapywał wcześniej jakieś słowa, może szukał dla siebie opcji leczenia, słów otuchy, nadziei, których nie mógł odnaleźć w angielskim słownictwie?

Siedzieliśmy, ja, lekarka, psycholog, terapeuta zajęciowy i pacjent. Okazało się, że mężczyzna rozwiódł się z żoną, dzieci nie utrzymują z nim kontaktu. Mieszkał sam w Anglii, był zawsze okazem zdrowia. Nie wiedział, co ze sobą teraz zrobić. Cisza, która zapadła po pytaniu, czy ma się panem kto zaopiekować, będzie do końca życia brzmieć w mojej głowie. Właśnie wydano na niego wyrok. Ten człowiek w obliczu wyroku chciał wrócić do Polski, do swojej Ojczyzny.

- Tu ma pan mój numer, jakby chciał pan porozmawiać czy trzeba byłoby pomóc – podałam pacjentowi karteczkę z cyframi. Można by mi było zarzucić, że nie potrafię się odciąć od pracy, że nie powinnam wynosić jej poza mury szpitala. Ale nie mogłam tak po prostu odwrócić się od tego człowieka plecami i odejść.

- Dziękuję za wszystko co pani dla mnie zrobiła.

Uścisnął mi powoli obie dłonie.

alone62253_1920

 

Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • naostryge

    W sumie odpowiadam tutaj na komentarz z Facebooka, tak mi było łatwiej :).

    Jak Ci się czyta "Małych bogów"? Ja jakiś czas temu połknęłam w jeden dzień, i byłam potem jakaś nieswoja jeszcze długo.

  • polskanightingale

    Podeszłam do tej książki z dozą rezerwy, bo rzeczywiście spotkałam się z wieloma lekarzami, którzy traktują ludzi - wszystkich, pacjentów, współpracowników jakby to była jakaś podgrupa. I nie wiem czy to dobrze, ale po lekturze zaczęłam ich usprawiedliwiać... Że to system, w którym przyszło nam pracować robi z medyków roboty. Podobne zjawisko występuje w pielęgniarstwie, wypalenie zawodowe, coraz więcej pacjentów na jedną pielęgniarkę. Przestaje się być człowiekiem, zaczyna się robić wszystko mechanicznie. A jakie Ty miałaś odczucia?

  • naostryge

    Szczerze mówiąc poczułam się, jakby uderzyła mnie jakaś fala ludzkiego nieszczęścia. Ponieważ nie mam przygotowania medycznego i nigdy nie pracowałam bezpośrednio w służbie zdrowia, to siłą rzeczy myślę o tej książce w kontekście całego naszego pokolenia. Mam wrażenie, że to, co dotyka młodych lekarzy, nie różni się tak bardzo od młodych inżynierów czy humanistów. Kiedy byliśmy dziećmi czy nastolatkami, dorośli obiecywali nam złote góry: teraz są perspektywy, tylko się ucz, a świat stanie przed tobą otworem. A 10-15 lat później mamy zamiast tego emigrację zarobkową, umowy śmieciowe, niekończące się staże... Starsze pokolenie uważa, że jesteśmy roszczeniowi i leniwi, a my nie możemy im zapomnieć, jak stosunkowo łatwo dali radę pospłacać kredyty na mieszkania. Jak czytałam, co o swojej pracy mówią młodzi lekarze, to zaraz mi się przypomniało jak Paula reaguje na sugestię, że mogłaby się zgłosić na konferencje jako tłumacz-wolontariusz, żeby mieć "exposure".

  • bagienny.net

    Macie przerąbane. Szczerze - dodatkowo Wasza praca często jest niewdzięczna i mówię to z perspektywy osoby, która miała wątpliwy zaszczyt wizytować szpitale.

    W Polsce wcale nie jest dobrze. Znajome pielęgniarki przebranżowiły się na opiekę osób starszych, nie ma więcej pieniędzy, ale za przynajmniej tyle, że mają opcję wyboru i mogę zacząć mieszkać samodzielnie.

  • polskanightingale

    Marto, ja też uważam, że za wykonaną pracę powinno się dostać wynagrodzenie. Dlatego rzeczywiście książka "Mali bogowie" jest dla mnie smutna. Trochę mi żal się zrobiło lekarzy, ale niestety ze swojej pozycji zawodowej tylko trochę żal. Wydaje mi się, że wielu lekarzy tuż po studiach ma zbyt wysokie mniemanie o sobie i patrzą na innych ludzi z góry. Dlatego trochę przyda się lekcji pokory.

    Bagienny - to prawda, mamy przerąbane. Zdaję sobie z tego doskonale sprawę i dlatego, chociaż kocham ten zawód i uważam, że jestem dość dobrą pielęgniarką, będę chciała w przyszłości zmienić profesję. Sytuacja pielęgniarek na świecie, a zwłaszcza w Polsce się pogarsza, praca stresuje, wyniszcza. Wiem, że to duża zmiana, ale czasem warto zawalczyć o siebie.

    Dziękuję gorąco za komentarze i pozdrawiam serdecznie! :-)

  • naostryge

    To prawda, że wielu przyda się taka lekcja pokory i szacunku do ludzi. Ale z tego, co widziałam w książce, mam wrażenie, że to, jak teraz funkcjonuje system edukacji lekarzy, bardziej ich utwierdza w ich podejściu. Nie uczą się szanować ani pacjentów, ani reszty personelu medycznego. Co najwyżej starszych, bardziej doświadczonych lekarzy -- a i to tylko dopóki ich nie zastąpią.

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci