Menu

Jak pachnie piniądz

Cztery lata temu wyjechałam za granicę jako pielęgniarka do domu opieki. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.

Polskie pielęgniarki

polskanightingale

Jesień 2012

Na lotnisku w Derby stała ta sama surowo wyglądająca kierowniczka, która mnie bombardowała tysiącem pytań na rozmowie kwalifikacyjnej i próbowała wyciągnąć jakiekolwiek angielskie słowa. Okazuje się, że oprócz mnie w samolocie leciało jeszcze 6 innych pielęgniarek z tego samego "zaciągu". Pogadać na spokojnie mogłyśmy dopiero w hotelu. Dojechałyśmy do niego czarnymi, dużymi angielskimi taksówkami. Kasia, rudowłosa trzydziestolatka, matka dwójki dzieci i żona niepracującego męża, zarzekała się, że gdy tylko dostanie pierwszą wypłatę to dom opieki zamieni na szpital. Rodzinę chwilowo zostawiła w Polsce. Ściągnie ją, kiedy znajdzie dobre zakwaterowanie. Martwiła się już na zapas, jak dzieciaki poradzą sobie w nowym środowisku, tym bardziej, że starszy, pięcioletni synek choruje na autyzm. Mirka, rozwódka, najstarsza z nas ale niezwykle nowoczesna i przebojowa, już wcześniej pracowała 5 lat w szpitalu na bloku operacyjnym. Stała się naszą skarbnicą wiedzy. Odpowiadała na wszystkie nasze pytania i rozwiewała wątpliwości. Przed tym naszym przylotem była kilka miesięcy w Polsce. Miała załatwić emeryturę, przeciągnął się czas załatwiania formalności i przez to straciła poprzednią lubianą pracę. Z kolei Marta, którą od razu polubiłam najbardziej odkłada pieniądze na ślub i wesele. Gdy tylko się zaaklimatyzuje się w nowym miejscu - planowała - to narzeczony do niej dołączy. I jeszcze Daria, Aga i Zuza, dwa miesiące temu obroniły pracę licencjacką, trzy przyjaciółki z jednego miasta. Od razu przedstawiły warunek nowemu pracodawcy - biorą pracę tylko wtedy, jeżeli będą pracować w tym samym miejscu. Nie pracowały w polskim szpitalu. Stwierdziły, że nie będą sobie strzępić nerwów na "polski chory system ochrony zdrowia". Zuza, w wolnym czasie prowadziła zajęcia fitness, i już na początku zapowiedziała, że w tym czasie, w którym jesteśmy razem, popracujemy nad kondycją fizyczną.

Firma zakwaterowała nas w pięknym hotelu. Każda miała pokój tylko dla siebie. Kierowniczka domów opieki dała nam "plan lekcji" z rozkładem zajęć. Przez kolejne 5 dni od 9 do 18 będziemy się uczyć o zasadach panujących w angielskim pielęgniarstwie geriatrycznym. To tam usłyszałam wykład na temat równości i różnorodności ludzi, na temat szacunku i godności drugiego człowieka. Później były też wykłady o umieraniu, o sposobie rozmawiania na temat śmierci. W Polsce to jeszcze temat tabu. W Anglii już przy przyjęciu nowej osoby do domu opieki, w zestawie pytań podstawowe brzmią: Gdzie chciałbyś umrzeć, w domu czy w szpitalu? Czy po śmierci wolisz kremację czy tradycyjny pochówek? W polskich placówkach ochrony zdrowia nikt o takie sprawy nie pyta.

Dzień po dniu wykłady. Po takich dniach, każda z nas przychodziła do pokoju hotelowego wykończona, z bólem głowy od ciągłego słuchania obcego języka i skupienia. Okazało się, że każda z nas oprócz Mirki, która już wcześniej spędziła kilka lat w tym kraju, ma problemy z komunikatywnym angielskim. Po pięciu dniach wytężania umysłu na wykładach, przed dniem w którym mieli nas rodzielić na poszczególne domy opieki wstąpiłyśmy do starego, wiktoriańskiego pubu. Przy angielskim piwie "Ale", znając już swoje słabe możliwości językowe, zastanawiałyśmy się, dlaczego wzięli nas do tej roboty. Zuza zaczęła się śmiać.
- Popatrzyli na metrykę i stwierdzili, że może coś jeszcze z nas będzie!

Rano spotkałyśmy się z naszą surową kierowniczą w looby hotelowym. Już nie wydawała się taka surowa. Chyba się trochę do nas przywiązała, w końcu sama nas wybrała. Jej firma potraktowała nas fantastycznie. Wszytsko było zorganizowane, zakwaterowanie, pyszne hotelowe posiłki, dali nam również czek na start, oczywiście z klauzulą, że musimy pieniądze oddać jeśli nie przepracujemy dwóch lat. Wczytywałyśmy się w umowę. Nie było żadnych haczyków, na przykład że musimy oddać 5 razy więcej. Zapisane wszystko jasno, czarno na białym i w porządku. Taki kontrast. W Polsce od swojego pracodawcy spodziewałam sie tylko kolejnej kłótni o 20 złotych rocznie podwyżki. Albo kwestia samej umowy o pracę - nie chciano jej ze mną podpisać. Byłam zaskoczona, że tutaj tak dobrze traktują pracownika.

Trzy koleżaki lublinianki dostały, jak im przyrzeczono, przydział do jednego domu opieki w Birmingham, Kasia dostała bilet na pociąg do Liverpoolu. Ze stacji miała odebrać ją szefowa jej docelowego domu opieki. Niespodzianka, ja z Martą dostałyśmy informację, że razem jedziemy do Manchesteru. Okazało się, że kierownictwo domów opieki zadbało również o wynajęcie dla nas mieszkań.

Kierowniczka zapakowała mnie i Martę do swojego samochodu i zawiozła do domu opieki w którym miałyśmy zacząć pracę. Nowy, duży budynek z czerwonej cegły, nawiązującej do ceglanej architektonicznej tradycji Manchesteru, znakomicie przystosowano do pełnienia funkcji ośrodka dla potrzeb osób starszych. Mieścił 88 pokoi, wszystkie z prywatną łazienką i własną restaurację oferującą posiłki dla pacjentów, ich rodzin, również dla pracowników, pięknie przyozdobione salony - wygodne fotele, w których pacjenci rozsiadali się, żeby oglądać ulubiony serial.

Karen, nasza nowa szefowa, oprowadziła nas po swoich włościach, przedstawiając kilku pacjentów, nazywanych tutaj rezydentami. Przy okazji przedstawiło nam sie kilku pracowników, ale już wtedy, po tylu wrażeniach, wiedziałyśmy z Martą, że w ten dzień nie zapamiętamy już żadnego imienia. Karen, po pokazaniu domu opieki zaprosiła nas do swojego samochodu. Krótko poinformowała, że jedziemy zobaczyć nasze mieszkanie. Po dziesięciu minutach zajechałyśmy pod domek. Karen zostawiła nas, gdyż musiała wracać do pracy.

Weszłyśmy do domu. Mile zaskoczyła nas czystość, powitały pachnące kwiaty na stole w kuchni i karteczka "Welcome home". Lodówka była wypełniona polskimi produktami, a w każdej sypialni leżał folder z informacjami, jak się poruszać po Manchesterze i co warto zwiedzić. Popatrzyłyśmy z Martą po sobie z niedowierzaniem. Ale mamy szczęście!

StockSnap_UO87523H3M

© Jak pachnie piniądz
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci